Naukowcy debatujący podczas dwudniowej konferencji „Przyszłość szkolnictwa wyższego”, która rozpoczęła się w czwartek w Krakowie, zwracają uwagę na widoczny na uczelniach trend spadkowy. O ile w roku akademickim 1990/1991 kształciło się 390 tys. studentów, a w ciągu kolejnych lat liczba ta zwiększyła się pięciokrotnie, sięgając 1,9 mln w 2005/2006, w kolejnych zaczęła się odwracać.

Ramy prawne, które nie pozwalają na podnoszenie czesnego podczas galopującej inflacji, to zdaniem dr Klemensa Budzowskiego, rektora Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, widoczny problem. Oszacowanie kosztów utrzymania w momencie rozpoczęcia sześcioletniego kształcenia studenta medycyny jest niewykonalne.

– Nie chcę powiedzieć, że to wróżenie z fusów, ale zaczyna to tak wyglądać – przyznał dr Budzowski. Jego zdaniem wyjściem z sytuacji byłoby postulowane już wprowadzenie zasady, że korekty czesnego można dokonać na podstawie wskaźnika inflacji.

Czytaj więcej

Nowe kompetencje dają większe możliwości na rynku pracy

Kolejnym wyzwaniem staje się rosnąca popularność różnych form edukacji nieformalnej, z której rocznie korzysta już 5–7 mln chętnych. Widoczna jest też potrzeba podnoszenia kwalifikacji na studiach podyplomowych i intensywnych, krótkich kursach, pozwalających zdobyć dodatkowe umiejętności. A to oznacza, że szkoły wyższe muszą być aktywne i w tym obszarze.

Zdaniem dr Budzowskiego większość uczelni akademickich powinna skupić się na działalności w wąskich dziedzinach, bo w ten sposób może osiągnąć lepsze wyniki.

O to, żeby upowszechnienie kształcenia wyższego nie wiązało się z obniżeniem jego jakości, postulował prof. Jan Ostrowski, prezes PAU.

– Chciałbym, żeby młodzi ludzie traktowali studia nie tylko jako metodę zdobycia dyplomu, który teoretycznie może pomóc w karierze, ale jako okazję do wzbogacenia swojej osobowości – mówił.

Konferencję zorganizowało Centrum Doskonałości Dydaktycznej i Naukowej Polskiej Unii Edukacyjnej oraz Krakowska Akademia im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.