Nauka zdalna w klasach 4–8 potrwa do 8 listopada – poinformowało w poniedziałek Ministerstwo Edukacji i Nauki. Taki tryb nauki dotyczy około 1 mln 800 tys. uczniów szkół ponadpodstawowych i niecałe 2 mln uczniów klas 4–8.

W szkolnych murach są tylko uczniowie klas młodszych (1,4 mln osób), a częściowo także uczniowie szkół specjalnych (ponad 33 tys. dzieci).

Problem jednak w tym, że podobnie jak na wiosnę, trudno było uczniom połączyć się z dziennikiem elektronicznym. W poniedziałek od rana pojawiały się informacje o zawieszającym się Librusie czy Vulcanie, którego wiele szkół wykorzystuje do kontaktu z uczniami.

– Dzienniki elektroniczne to narzędzia do komunikowania się z uczniami i rodzicami. Opieranie na nich zdalnej edukacji pokazuje, jak bardzo nie jesteśmy do niej przygotowani – mówi Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Dzienniki elektroniczne prowadzone są przez firmy, a nie przez ministerstwo. Resort stworzył jedynie platformę epodreczniki.pl, gdzie znajdują się materiały edukacyjne do wykorzystania na lekcji. Od końca sierpnia można za jej pomocą prowadzić zdalne lekcje, ale szkoły nie zdążyły się na nie jeszcze przestawić. – Zmarnowano pół roku. Zamiast przekonywać nas do tego, że zdalna edukacja nam nie grozi, powinno się przygotować szkoły na taką ewentualność – mówi Pleśniar.

Kłopot był także z nauczycielami. – Po tym weekendzie nastąpił wysyp nauczycieli z koronawirusem. Mamy sygnały od dyrektorów, że w niektórych placówkach nie pojawiła się w pracy nawet połowa kadry. Nie było komu poprowadzić lekcji – wskazuje Pleśniar.

Tak jak na wiosnę, niektórzy uczniowie nie pojawili się na lekcjach. Co prawda dyrektorzy szkół mieli obowiązek zorganizować sprzęt dla tych, którzy go nie mają, ale na lekcjach nie pojawili się także ci, którzy od ub. roku szkolnego zdążyli już zapomnieć hasła i nie mogli się zalogować.