Pracujący w publicznych szkołach i przedszkolach nauczyciele są zaszeregowani w cztery tzw. stopnie awansu zawodowego. Rozpoczynający pracę w oświacie stażyści po kilku latach stają się nauczycielami kontraktowymi. Kolejne stopnie wtajemniczenia to nauczyciel mianowany, ukoronowaniem kariery jest osiągnięcie najwyższego stopnia awansu – nauczyciela dyplomowanego. Osiąganie kolejnych stopni awansu jest automatyczne wraz z nabywaniem stażu pracy w szkole. Bardzo rzadkie są przypadki, by pedagodzy nie awansowali w hierarchii.
– Taka ścieżka kariery, którą określa Karta nauczyciela, trwa dość krótko. Najwyższy stopień awansu można osiągnąć nawet w osiem, dziewięć lat – mówi nam Joanna Kluzik-Rostkowska, minister edukacji narodowej. Dodaje, że jest to problem, bo po pierwsze nauczyciel, który osiągnął już ostatni etap kariery, nie może być później motywowany do lepszej pracy wyższymi zarobkami (reguluje je sztywno Karta), a po drugie, nawet gdy pracuje nieefektywnie, niezwykle trudno jest go zwolnić (tu także chroni go Karta).
W efekcie system jest nieefektywny. – Trudno tak jak w normalnej firmie motywować pracownika do lepszej pracy możliwościami awansu czy podwyżką, a z drugiej strony tym, że jeśli będzie pracował źle, groźbą zastąpienia go przez lepszego pracownika – zauważa Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.
Sprawa efektywności awansu zawodowego pedagogów tym bardziej wymaga refleksji, gdy przyglądamy się strukturze zatrudnienia w placówkach oświatowych. Jak wynika z raportu, który MEN przekazał w ubiegłym tygodniu Związkowi Nauczycielstwa Polskiego, zaledwie 3,4 proc. nauczycieli to tzw. stażyści, czyli debiutujący w tym zawodzie. Na drugim biegunie są pedagodzy, którzy nie mogą już awansować – nauczycieli dyplomowanych jest blisko 60 proc. Kolejne 27 proc. to nauczyciele kontraktowi. Innymi słowy: prawie 90 proc. nauczycieli osiągnęło już swój zawodowy Mont Everest lub jest blisko jego zdobycia.
Efekty? Blokada miejsc w szkołach i przedszkolach dla młodych pedagogów-entuzjastów oraz obniżenie jakości edukacji.
Opowiada nam anonimowo jedna z przedszkolanek. Ukończyła niedawno pedagogikę, obecnie pracuje w prywatnym przedszkolu. – Kiedy przyszłam na staż do publicznego przedszkola, dość szybko pracujące tam panie sprowadziły mnie na ziemię z moim entuzjazmem, który chciałam przekazać dzieciom. Gdy chciałam prowadzić dodatkowe zajęcia edukacyjne, zabawy, powiedziały twardo: 15–20 minut dziennie i na tym koniec.
Wojciechowski nie dziwi się tego rodzaju praktykom. – Jeśli brakuje miejsc w przedszkolach, a pracownicy są tam chronieni, trudno oczekiwać, że będą zmotywowani do ciężkiej pracy – mówi.