Na początku marca Ministerstwo Edukacji i Związek Nauczycielstwa Polskiego będą rozmawiać na temat wynagrodzeń dla nauczycieli – takim lakonicznym komunikatem podsumowano wczorajsze spotkanie obu stron. – ZNP nie chciał dziś rozmawiać na temat podwyżek – dodała na konferencji minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska.
Z naszych informacji wynika, że marcowy termin zaproponowała strona związkowa. Nasi rozmówcy nie mają wątpliwości, że to element politycznej rozgrywki, który zaplanował oświatowy związek. – Termin został starannie wybrany przez działaczy. Wiosną czeka nas kampania prezydencka, zaraz potem wybory parlamentarne, to także dość wrażliwy okres dla systemu oświaty ze względu na terminy egzaminów, np. matur – mówi „Rzeczpospolitej" Marek Olszewski, współprzewodniczący Zespołu ds. Edukacji, Kultury i Sportu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.
ZNP znany jest zaś z tego, że w rozmowach z rządem chętnie sięga po argument manifestacji, protestów czy nawet strajku nauczycieli. W tym okresie takie narzędzia mogą się okazać wyjątkowo skuteczne. Wiceprezes ZNP Grzegorz Gruchlik przekonuje, że postulaty płacowe pojawiły się już w listopadzie podczas krajowego zjazdu delegatów związku i dlatego termin negocjacji jest zupełnie naturalny.
Czego domaga się związek? Przede wszystkim tego, aby średnie wynagrodzenie nauczycieli, które według ZNP wynosi obecnie 3661 zł, wzrosło przynajmniej do poziomu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce w grudniu 2014 r., czyli 4004 zł. Nauczycielskie podwyżki miałyby wejść w życie od 1 stycznia 2016 r., i to kolejny postulat ZNP, aby pensje pedagogów rosły od stycznia, a nie od września, jak było ostatnio. Związkowcy chcą także, aby rząd regulował poziom wynagrodzenia zasadniczego, a nie średniego.
To o tyle istotne, że nauczycielska pensja składa się z dwóch części – zasadniczej oraz uzależnionych od niej dodatków. Im wyższa pensja zasadnicza, tym wyższe dodatki, a tym samym całe wynagrodzenie. Zdaniem ekspertów rząd powinien rozpocząć negocjacje płacowe z nauczycielami pod warunkiem, że zgodzą się na radykalne zmiany dotyczące pragmatyki ich zawodu, czyli de facto zmian w Karcie nauczyciela. – To nie może być dyskusja o tym, czy pensje wszystkich wzrosną o 5 czy 10 proc., potrzebna jest przebudowa systemu wynagradzania i oceny pracy nauczycieli tak, aby ich pensja zależała od jakości ich pracy i premiowała najlepszych – mówi dr Jerzy Lackowski, były wieloletni małopolski kurator oświaty.
Dodaje, że dzięki takiemu podejściu rząd przekonałby do swoich propozycji rzetelnie pracujących pedagogów, którzy mieliby perspektywę realnego wzrostu płac. – Podnoszenie wynagrodzeń wszystkim po kilka, kilkanaście procent kończy się tym, że po dwóch latach znów są niezadowoleni – zaznacza były kurator.
Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. Nauczycielskie pensje rosły nieprzerwanie od 2008 do 2012 r., w czasie gdy pensje innych grup zawodowych z tzw. budżetówki były zamrożone. W tym okresie wynagrodzenie pedagogów wzrosło średnio o 50 proc. Po dwóch latach związki przekonują, że tamte podwyżki jedynie zrównały dysproporcje płacowe pomiędzy nauczycielami i innymi grupami zawodowymi, bo pedagogiczne pensje nie rosły od 2003 r.
Błędem ówczesnego premiera Donalda Tuska było to, że decydując się na podniesienie nauczycielskich płac, nie wprowadził żadnych zmian w systemie pracy nauczycieli. Gdy w 2013 r. ówczesna szefowa MEN Krystyna Szumilas zaproponowała zmiany w Karcie nauczycieli po szeregu spotkań i negocjacji m.in. z ZNP, związek zagroził strajkiem, tłumacząc, że rozmowy, w których brał udział, nie miały charakteru uzgodnień.