Bartłomiej Rosiak: Gimnazja i sześcioletnie podstawówki wcale nie były złe

Nauczyciel wchodzący do zawodu powinien otrzymywać pensję w wysokości co najmniej 3 tys. zł, a optymalnie 4 tys. zł - mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Bartłomiej Rosiak, nauczyciel języka polskiego w SP nr 182 im. Tadeusza Zawadzkiego „Zośki” w Łodzi, najmłodszy nauczyciel w Polsce.

Publikacja: 31.08.2023 20:41

Bartłomiej Rosiak, najmłodszy nauczyciel w Polsce

Bartłomiej Rosiak, najmłodszy nauczyciel w Polsce

Foto: arch. prywatne

W 2019 roku napisał pan list, krytykujący reformę systemu oświaty z 2019 roku. „Widzę chaos na każdym poziomie edukacyjnym - prowadząc zajęcia w podstawówce widzę przepełnione budynki, podstawę programową niemożliwą do zrealizowania i przemęczone dzieciaki” – pisał pan. Jak od tego czasu zmieniła się szkoła?

Szkoła po reformie minister Anny Zalewskiej dochodziła i dalej dochodzi do siebie, cały czas się dociera. Podstawówki wdrażają się, uczą się, doskonalą pracę ze starszymi dziećmi - siódmą, ósmą klasą, wprowadzają nowe metody wychowawcze, które są potrzebne dzieciom w okresie dojrzewania. Ale czy coś zmieniło się w szkole organizacyjnie? Chaos systemowy jest dalej, ponieważ skutki tej reformy są wciąż odczuwalne.

Jakie to skutki?

Mamy taki sam, jak wtedy, niedobór nauczycieli. Mamy przepełnione szkoły, bo nie wszystkie podstawówki są w stanie pomieścić osiem klas, przeludnione licea. Mamy też takie szkoły, które dalej pracują na dwie zmiany, bo nie mają tylu sal, by pracować w systemie jednozmianowym. Mamy przepełnione podstawy, szczególnie w liceum.

Czytaj więcej

Sławomir Broniarz: 12 proc. podwyżki dla nauczycieli nie załatwi sprawy niskich wynagrodzeń

Szkoła wciąż się przystosowuje do nowych realiów, a szkoda, że te nowe realia w ogóle nastały, bo gimnazja wcale nie były złe. Sześcioletnie podstawówki też nie były złe. Jedyną korzyścią reformy jest czteroletnie liceum, które jest lepsze, bo przestaje być kursem przygotowawczym do matury; można tam bardziej efektywnie pracować. Ale tak naprawdę efekty tej reformy zobaczymy za pięć lat, kiedy wyjdą pierwsi absolwenci szkół wyższych. Choć z drugiej strony za rok będziemy mieć pewną odpowiedź, jak zobaczymy reakcję uczelni wyższych na absolwentów ośmioletnich podstawówek i czteroletnich liceów.

To czego w tej chwili szkole najbardziej brakuje?

Nauczycieli.

Nie pieniędzy?

To się z tym wiąże. Brakuje nauczycieli, bo brakuje pieniędzy. Granicznym momentem był dzień, w którym okazało się, że brakuje polonistów. Jeszcze kilka lat temu to wręcz wydawało się niemożliwe! Zawsze był nadmiar polonistów czy historyków, a dzisiaj nawet humaniści są poszukiwani do szkoły, chociaż oczywiście najbardziej deficytowi są nauczyciele matematyki, fizyki i informatyki. Wiele szkół zacznie 4 września rok szkolny z niepełną obsadą. Jak się wejdzie na stronę kuratorium, to tam są setki ofert pracy. I one nie znikają. Ja obserwuję te oferty i często widzę, że ogłoszenie się wygasza, bo minął termin składania zgłoszeń i dzień później ogłoszenie pojawia się na nowo.

Czytaj więcej

ZNP zapowiada na 1 września pikietę przed Ministerstwem Edukacji

Brakuje pieniędzy i docenienia tych nauczycieli. Rząd ma taktykę dawania pewnych groszy co jakiś czas licząc, że to uspokoi nauczycieli. Tak wcale nie jest. To jest wręcz uwłaczające dla nauczycieli. Teraz MEiN da nam nagrodę z okazji wyborów, a ładniej nazywając - z okazji 200-lecia Komisji Edukacji Narodowej. Ale to jest na rękę 900 zł. Co to są za pieniądze? Gdyby o tyle było co miesiąc więcej, to bym zarabiał na rękę 3,5 tys. zł. To dalej nie są kokosy, ale można żyć.

Ale jest pan początkującym nauczycielem, a minister Czarnek tłumaczy, że tacy dostali za jego kadencji największe podwyżki.

Ja się zgadzam z ministrem, bo moja podwyżka zbiega się zawsze z podniesieniem płacy minimalnej. Rzeczywiście, dostałem 300 zł podwyżki w styczniu tego roku - w styczniu na papierze, formalnie dostałem dużo później, bo minister zwlekał z podpisaniem rozporządzenia. Wcześniej miałem na rękę ok. 2,3 tys. zł, więc fakt, dostajemy chyba największe podwyżki, bo jak się tak często podnosi płacę minimalną, no to mus, trzeba podnieść wynagrodzenie także nam.

Czytaj więcej

Nauczyciele nie chcą pracować ponad limit godzin

A skończyłem przecież Uniwersytet Łódzki z medalem za chlubne studia, ze średnią 4,95. Mogę na palcach jednej ręki policzyć egzaminy, które miałem ocenione na 4+. Z pozostałych miałem piątki. Przyszedłem więc pracować do szkoły jako prymus uniwersytecki, z wielkiej pasji, oczywiście. Nie czarowałem się, że tu będę zarabiał; z pewnym smutkiem wiedziałem, co biorę. Ale to jednak jest poniżające, że człowiek tak mało zarabia.

To ile powinien zarabiać początkujący nauczyciel?

Bolączką naszego systemu jest to, że my zarabiamy wszędzie tak samo. Na wsi zarabiamy tak samo i w dużym mieście zarabiamy tak samo. Oczywiście, na wsi szkoła pełni inną funkcję, tam praca jest też trochę inna, szkoła jest tam centrum życia kulturalnego, sportowego. Tylko 2,6 tys. zł na wsi to nie to samo, co 2,6 tys. zł w dużym mieście. Za tyle ciężko w Warszawie mieszkanie wynająć. Godne zarobki nauczycieli powinny pozwalać utrzymać się i w dużym mieście, i w mniejszej miejscowości. Tym bardziej, że wielu nauczycieli szkół wiejskich dojeżdża z miasta.

Czytaj więcej

Nauczyciele chcą do parlamentu - na listach są już nazwiska znanych pedagogów

Gdyby rząd mnie dziś spytał, co zrobić, żeby natychmiast uzdrowić szkołę, to nauczyciel wchodzący do zawodu powinien mieć chociaż 3 tys. zł. Optymalnie 4 tys., ale, umówmy się, na dziś to nierealne. Natomiast, po pierwsze, chodzi o to, by zapoczątkować pewien trend faktycznego wzrostu wynagrodzeń nauczycieli, a nie wyrównywania inflacji. Ale trzeba również utrzymać pewną gradację. Jeżeli kandydat do zawodu ma perspektywę, że zarabia dzisiaj mniej, ale po przejściu ścieżki awansu zawodowego będzie zarabiał naprawdę dobrze, np. powiedzmy w okolicach 10 tys. zł na rękę, to jest to dobry motywator. W Polsce często mówimy, że lekarze mało zarabiają. To prawda, tylko że oni w perspektywie czasu będą zarabiać więcej. A u nas tak nie ma. U nas ta rozbieżność jest rzędu tysiąca złotych, może trochę więcej. A przy spłaszczeniu wynagrodzeń, jeszcze jak młody nauczyciel pracuje ponad etat, ma wychowawstwo, ma dodatek motywacyjny, to się zdarza, że zarabia więcej niż ten doświadczony. Tak być nie powinno, bo to demotywujące - szczególnie dla tych starszych, ale dla tych młodszych też, bo oni wiedzą, że ich starania pozostaną tylko staraniami, ale nie przekłada się to na pieniądze.

Minister Czarnek przekonuje, że samorządy mogą „dołożyć nauczycielom pieniądze”. „To, co my dajemy to jest minimum” – mówi.

To fikcja. Przecież w samej Łodzi brakuje pieniędzy na finansowanie szkół. Gdyby samorządy miały, to może i by dały. Tych pieniędzy po prostu nie ma, bo subwencja, która przychodzi z budżetu państwa, obejmuje wynagrodzenia, ale nie tylko. Obejmuje np. też wyposażenie pracowni. A przecież tych pieniędzy też brakuje. Cały system oświaty w Polsce jest niedofinansowany i jest to stan przewlekły. Tak było, tak jest i obawiam się, że tak może dalej być. Rozmawiałem niedawno z przyjaciółką, która myśli, czy zostać nauczycielem. Jest bardzo zdegustowana zarobkami. Pocieszam ją, bo wierzę, że ten system się rozleci, to się zmieni.

W jakim sensie rozleci?

Sposób gratyfikowania nauczycieli, ale i myślenia o zawodzie nauczyciela, muszą się zmienić. Kto będzie uczył dzieci mojego pokolenia? W perspektywie dziesięciu lat będziemy mieli dzieci, za 15 lat one pójdą do szkoły. Obawiam się, że po prostu nie będzie miał kto ich uczyć. I co wtedy my zrobimy?

Może zatrudnimy nauczycieli z Ukrainy?

Jeżeli będą komunikatywni, dobrze wykształceni – to być może tak. Dydaktyka jest jednak pewnym kodem – również kulturowym – i to może być problemem.

Tylko że nauczyciela będzie trudniej zastąpić obcokrajowcem, niż np. pielęgniarkę.

Byłem niedawno w Wilnie, spotkałem panią w Muzeum Adama Mickiewicza, polonistkę z Wileńszczyzny. Ja bym ją zatrudnił, bo jest wykształcona perfekcyjnie w zakresie filologii polskiej. No ale nawet obcokrajowcami tego nigdy nie wyrównamy. Ja się obawiam innego ruchu: obniżenia wymagań wobec kwalifikacji zawodowych dla nauczycieli. Boję się takiego momentu, że będziemy bez mrugnięcia okiem zatrudniać ludzi po rocznych studiach podyplomowych, np. do nauczania języka polskiego. A to niestety nie zawsze się sprawdzi i okaże korzystne dla dzieci.

Ponieważ pracujemy często ponad siły, nie myślimy o sobie, tylko o szkole, to potem system myśli, że tak wolno, że my tak możemy, że my tak lubimy pracować. A my tego nie chcemy.

Bartłomiej Rosiak

Ja studia podyplomowe jako formę kształcenia nauczycieli chwalę, ale tylko w zakresie pokrewieństwa przedmiotowego czy metodyki. Czyli polonista nauczycielem historii - tak, ale nie ukrywam, że jako dyrektor miałbym pewne obiekcje przed matematykiem, który zrobił w rok polonistykę. To są jednak kwestie indywidualne, wymagające oddzielnego spojrzenia.

Współczuję tym rządom, które obejmą władzę w Polsce za kilka lat. Już teraz jest trudna sytuacja. Ale jeżeli władza, która będzie rządzić po wyborach w październiku - i to nieważne, czy to będzie KO, czy PiS - nie zrobi nic w kwestii nauczycieli, to rządy, które będą za osiem lat czy za dwanaście, będą mieć pacjenta w stanie agonalnym już. To będzie tylko leczenie terminalne systemu, czyli chuchanie na to, żeby ci, co są, nie odeszli.

To kwestia pieniędzy czy problem systemowy?

Też kwestia prestiżu zawodu. Nauczyciele w dyskursie publicznym raczej nie są szanowani. Uważa się, że to jest leniwa grupa zawodowa, że nic nie robi i jest bardzo roszczeniowa. Jest wiele mitów wokół nas - że pracujemy 18 godzin, że mamy dwa miesiące wakacji. Owszem, wielu nam zazdrości urlopu w trakcie wakacji dzieci, tylko to oznacza również, że my nigdy nie wyjedziemy w trakcie roku szkolnego. Często czekamy z leczeniem, z operacją, czy z zabiegiem, właśnie na wakacje. I powtórzę – to nie są dwa miesiące, bo w sierpniu wraz ze swoimi koleżankami z pracy, jestem w szkole.

To się też odbija rykoszetem. Ponieważ pracujemy często ponad siły, nie myślimy o sobie, tylko o szkole, to potem system myśli, że tak wolno, że my tak możemy, że my tak lubimy pracować. A my tego nie chcemy. My pracujemy często na półtora etatu. Dla nas każda klasa ponad wymiar oznacza dużo pracy dodatkowej w domu, przygotowywania się do zajęć, ale też - nie ma się co oszukiwać - obniżenie efektywności tej pracy. Jeżeli chcemy kreatywnych nauczycieli, z werwą, to nie możemy im dawać w tygodniu 27-30 godzin lekcyjnych.

To co trzyma nauczycieli, którzy pozostają w szkołach?

Wielka pasja. To jest – zdaje się – największa „choroba” nauczycieli.

Tylko samą pasją się człowiek nie wyżywi.

I dlatego mówię, że to choroba, która często przesłania racjonalną ocenę sytuacji. U nas nawet nie można rzucić papierami, pójść sobie do innej szkoły, bo się zarobi tyle samo.

Dlaczego pan nie poszedł do prywatnej, gdzie mógłby pan zarabiać więcej?

Ja bardzo sobie cenię państwowe szkoły. Uważam, że każdy z nas płaci podatki i ma prawo do wysokiego poziomu kształcenia w cenie tego, co oddaje państwu. Dlatego chciałem być częścią państwowej szkoły. Nigdy nie chodziłem do prywatnej szkoły i to naprawdę z takich pobudek. U mnie w domu zawsze się mówiło, że do lekarza się chodzi na NFZ, bo się za to płaci. I do szkoły się chodzi państwowej, bo się za to płaci.

Czytaj więcej

Polacy, za politykę w zakresie szkolnictwa, wystawiają rządowi "jedynki" i "dwójki"

Praca w szkole prywatnej nie gwarantuje jednak o wiele lepszych warunków. Znam nauczycieli, którzy z prywatnych uciekają do państwowych. Ten zawód jednak wiąże się z ogromną misją i ideą. I ci ludzie, którzy tutaj są, tę misję mają. Może czasami tego nie widać, ale społeczna optyka nauczycieli jest mocno krytyczna. Pamiętajmy, że pedagodzy przez warunki naszego systemu często są zmęczeni, bywają sfrustrowani i mają do tego prawo – bo pracują w wielu miejscach, dla godnych zarobków muszą poświęcać życie rodzinne, czas wolny. Ale oni wszyscy mają ogromną pasję. Gdyby jej nie mieli, to już dawno by sobie pracę zmienili. Dzisiaj mamy rynek pracownika. Polonista może zostać dziennikarzem, rzecznikiem prasowym, może pracować w instytucji kultury, w teatrze, muzeum. Poza tym dzisiaj mamy taką łatwość przekwalifikowania się. A jednak ci ludzie tutaj zostają – bo ta praca jest w pewien sposób ich życiem.

Na jak długo?

Problemem tego zawodu jest specyficzna struktura wiekowa pracowników. Mamy bardzo dużo nauczycieli koło pięćdziesiątki, a bardzo mało takich w okolicach trzydziestki. Jak ta największa grupa odejdzie na emeryturę za dziesięć lat, to nie będzie się jej dało uzupełnić, bo nie ma kim. Nie ma rotacji. Wielu dyrektorów mówi, że młodego nauczyciela nie widzieli od kilku lat.

W 2019 roku napisał pan list, krytykujący reformę systemu oświaty z 2019 roku. „Widzę chaos na każdym poziomie edukacyjnym - prowadząc zajęcia w podstawówce widzę przepełnione budynki, podstawę programową niemożliwą do zrealizowania i przemęczone dzieciaki” – pisał pan. Jak od tego czasu zmieniła się szkoła?

Szkoła po reformie minister Anny Zalewskiej dochodziła i dalej dochodzi do siebie, cały czas się dociera. Podstawówki wdrażają się, uczą się, doskonalą pracę ze starszymi dziećmi - siódmą, ósmą klasą, wprowadzają nowe metody wychowawcze, które są potrzebne dzieciom w okresie dojrzewania. Ale czy coś zmieniło się w szkole organizacyjnie? Chaos systemowy jest dalej, ponieważ skutki tej reformy są wciąż odczuwalne.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Oświata
Czego pracodawcy oczekują od pokoleń, które będą wkraczać na rynek pracy?
Oświata
Oddech rodziców na plecach MEN. Zmiany są zbyt powolne
Oświata
Znamy szkoły przyjazne LGBTQ+. Po raz pierwszy wysoko szkoły z mniejszych miast
Oświata
Ankieta: Sztuczna inteligencja odrabia lekcje za polskich licealistów
Oświata
Wojsko zaraz po ukończeniu szkoły. Co proponuje armia?