Artur Bartkiewicz: Igrzyska zamiast chleba, czyli jak PiS wygasza polską szkołę

W czasie, gdy minister Przemysław Czarnek rozporządzeniem przywraca w programie nauczania łacinę, a kurator Barbara Nowak martwi się o „indoktrynację ekoterrorystyczną” uczniów, polska szkoła jest powoli wygaszana przy całkowitej obojętności rządzących.

Publikacja: 27.02.2023 21:03

Przemysław Czarnek

Przemysław Czarnek

Foto: PAP/Darek Delmanowicz

Polska szkoła w ostatnich 30 latach znajduje się w procesie nieustannej transformacji. Poczynając od programu nauczania, który zmieniał się z dużą regularnością – i w zasadzie za każdym razem w stronę, która nie satysfakcjonowała nikogo: od uczniów przez rodziców po nauczycieli. Poprzez zmianę organizacji nauczania – wszak w systemie zdążyły się pojawić, wzbudzić burzliwą debatę, po czym rozpłynąć się we mgle kolejnej reformy gimnazja. Aż po zmieniającą się formułę matury czy innych egzaminów na różnych etapach edukacyjnej ścieżki pokonywanej przez uczniów. Polska szkoła de facto realizowała w praktyce formułę ideologa niemieckiej socjaldemokracji Eduarda Bernsteina głoszącą iż „ruch jest wszystkim, cel jest niczym”. Kłopot w tym, że dziś szkoła – przy dużym udziale obecnej ekipy rządzącej – dotarła do miejsca, w której jakikolwiek ruch w niej zaczyna zamierać.

Czytaj więcej

Lekcje łaciny i biznesu już wkrótce wejdą do szkół

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że o ile w przypadku szeroko rozumianej polityki społecznej obóz rządzący stosuje zasadę, iż obywatelom potrzeba zarówno igrzysk, w postaci podsycanych regularnie sporów ideologicznych (od kwestii obrony suwerenności przed czyhającą na nią Unią Europejską po walkę z jedzeniem świerszczy), jak i chleba (czyli rozmaitych „plusów” w postaci transferów socjalnych), o tyle w przypadku polityki edukacyjnej igrzyska traktuje się jako substytut chleba. „Nie mają chleba, więc niech czytają tweety Barbary Nowak” chciałoby się rzec w kontekście pauperyzowanego w błyskawicznym tempie nauczycielskiego stanu. Stanu, któremu Ministerstwo Edukacji i Nauki proponuje, by w czynie społecznym tropił w szkołach ideologię gender, lewactwo i ekoterroryzm, i nie zawracał głowy tak przyziemnymi kwestiami jak pieniądze. Nauczyciele bowiem jak lekarze, mają pracować dla idei – najlepiej tej, którą formacja rządząca uważa za jedynie słuszną.

Problem w tym, że o ile nauczycielom w Polsce nigdy się nie przelewało, o tyle obecnie sytuacja została doprowadzona do granic absurdu. Jeśli bowiem niemal dla każdego – oprócz nauczycieli – ma się jakieś „plusy”, rewaloryzacje, podwyżki i inne bonusy, to dochodzi się do momentu, w którym znaleźliśmy się obecnie. A więc sytuacji, gdy zasadnicze wynagrodzenie początkującego nauczyciela jest w zasadzie tożsame z płacą minimalną, a perspektywę lepszych zarobków daje takiemu nauczycielowi nie tylko praca w dużej korporacji, ale nawet praca na kasie w supermarkecie. Innymi słowy w szkole może go zatrzymać tylko poczucie misji graniczące z szaleństwem, albo desperacja.

Kolejne batalie o tzw. lex Czarnek wyglądają na próbę odwrócenia uwagi od tego, że operacja na żywym organizmie polskiej szkoły się udała, ale pacjent przestał oddychać

Nic dziwnego więc, że szkołom znacznie bardziej od niżu demograficznego zagraża dziś „niż nauczycielski”. Dyrektorzy ściągają do szkół emerytowanych nauczycieli, plany zajęć zmieniają się jak w kalejdoskopie, odwoływanie lekcji staje się regułą, a nie wyjątkiem. A wszystko to w czasach, gdy wiedza jest kapitałem, bez którego trudno o sukces w zachodnim świecie. Tymczasem młodym Polakom tej wiedzy coraz częściej po prostu nie ma kto przekazać. A tym, którzy jeszcze to robią, brakuje jakiejkolwiek motywacji, by robić coś więcej niż niezbędne minimum. W szkołach jest coraz mniej kółek zainteresowań, niekomercyjnych zajęć pozalekcyjnych i wszelkich form edukacji wykraczających poza to, co trzeba przekazać od dzwonka do dzwonka. I naprawdę trudno mieć o to do nauczycieli pretensje. Kto płaci mało, ten nie może dużo wymagać. A jeśli nie możemy dużo wymagać od nauczycieli, to co wyniosą ze szkoły dzieci? Czy taka szkoła przygotuje je do zmierzenia się z coraz bardziej złożoną współczesnością? To oczywiście pytanie czysto retoryczne.

W takiej sytuacji wprowadzanie do szkoły łaciny przypomina pudrowanie umierającego, a kolejne batalie o tzw. lex Czarnek wyglądają na próbę odwrócenia uwagi od tego, że operacja na żywym organizmie polskiej szkoły się udała, ale niestety pacjent przestał oddychać.

Polska szkoła w ostatnich 30 latach znajduje się w procesie nieustannej transformacji. Poczynając od programu nauczania, który zmieniał się z dużą regularnością – i w zasadzie za każdym razem w stronę, która nie satysfakcjonowała nikogo: od uczniów przez rodziców po nauczycieli. Poprzez zmianę organizacji nauczania – wszak w systemie zdążyły się pojawić, wzbudzić burzliwą debatę, po czym rozpłynąć się we mgle kolejnej reformy gimnazja. Aż po zmieniającą się formułę matury czy innych egzaminów na różnych etapach edukacyjnej ścieżki pokonywanej przez uczniów. Polska szkoła de facto realizowała w praktyce formułę ideologa niemieckiej socjaldemokracji Eduarda Bernsteina głoszącą iż „ruch jest wszystkim, cel jest niczym”. Kłopot w tym, że dziś szkoła – przy dużym udziale obecnej ekipy rządzącej – dotarła do miejsca, w której jakikolwiek ruch w niej zaczyna zamierać.

Oświata
Matura 2024: Łatwa podstawa, trudne rozszerzenia
Oświata
Pieniądze z rządowego programu dla szkół skończyły się w 12 minut
Oświata
Sprzeciw biskupów wobec zmian proponowanych przez Barbarę Nowacką
Oświata
Działacze młodzieżowi wkurzeni na marszałka Szymona Hołownię
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Oświata
Oddech rodziców na plecach MEN. Zmiany są zbyt powolne
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą