Rozpoczęło się od wpisu minister edukacji Krystyny Szumilas, która na facebookowej stronie ministerstwa przekonywała, że „szkoła nie zabiera dzieciństwa i sprawia, że może ono być inspirujące".
To zdanie było wstępem do kilku publikacji Instytutu Obywatelskiego, czyli tzw. think tanku – zaplecza eksperckiego Platformy Obywatelskiej – na temat obecności sześciolatków w szkole. Rodzice z tych tekstów mogą dowiedzieć się wiele na temat tego jak się opiekują swoimi dziećmi.
Eksperci PO przekonują, że rodzice posyłają dzieci do szkoły, by mieć je z głowy: „otóż dopóki dziecko jest w przedszkolu, dopóty my to dziecko możemy mieć »z głowy« od godziny 7 do 17 albo i dłużej" i dlatego właśnie nie chcą posyłać ich do szkoły: „rodzice mają też świadomość, że dziecko-uczeń nakłada na nich o wiele więcej obowiązków niż dziecko-przedszkolak".
Przekonywali też, że „szkoła dla sześciolatka musi być szkołą inną niż szkoła dla siedmiolatka. Z ich tezami zaczęli polemizować rodzice. Anna Łukasik Homa zapytała o to, jak będzie wyglądała oświata w klasach mieszanych składających się z sześcio- i siedmiolatków, skoro ich edukacja musi się różnić. Podpowiadali minister Szumilas, że skoro jej zdaniem sześciolatki tak fantastycznie przygotowane są do nauki, to może wprowadzić elementy pisania do podstawy programowej przedszkoli, co jej poprzedniczka – Katarzyna Hall – usunęła z przedszkolnych treści nauczania. Przypominali, że w Finlandii, która ma jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie, eduakcję rozpoczyna się w wieku 7 lat.
Niektórzy opisywali jak jest w szkołach w ich miastach. „Maluch w szkole uczy się na 2 zmiany. Na 7 (bo rodzice pracują) jest przyprowadzany do świetlicy, a zajęcia rozpoczynają się o 12.30 i trwają do 17.15" – napisała Paula Bo. Anna Zielińska chciała się dowiedzieć ilu sześciolatków w związku z tym, że wcześniej rozpoczęli, musi korzystać z pomocy poradni, bo nie radzi sobie z obowiązkami szkolnymi.