O tej porze roku Tallin praktycznie mógłby nie zasypiać: niebo pozostaje dosyć jasne, nawet w środku nocy słychać, że w niektórych kawiarniach i restauracjach przesiadują ludzie. W ciągu dnia ulice są pełne gwaru – i, pomimo pełni sezonu, za ten harmider w dużej mierze odpowiadają mieszkańcy miasta, a nie przyjeżdżający tu turyści. I trudno się dziwić. „Dzięki sprawnym służbom publicznym, wysoce umiędzynarodowionemu środowisku founderów i skandynawskim warunkom życia (minus wysokie ceny), Tallin boksuje znacznie powyżej swojej wagi” – konstatował magazyn „Monocle” rok temu. „Jeśli jakiś founder szuka szybkości, wsparcia i miasta, w którym wielkie idee rozwijają się szybko, stolica Estonii jest doskonałym miejscem na start” – kwitował.
Rzeczywiście, Tallin może uchodzić za serce lokalnego ekosystemu: w aglomeracji mieszka nieco ponad 0,5 mln z niespełna 1,4 mln Estończyków. W rankingu magazynu zamyka pierwszą dziesiątkę najlepszych miast na świecie kuszących biznesmenów – zwłaszcza owych founderów, założycieli start-upów, nierzadko wywodzących się ze środowiska uczelnianego. Ale nie o białe noce czy możliwość biesiadowania po świt tu chodzi. Bałtycka wyspa innowacyjności zbiera raczej owoce wieloletniej strategii rozwoju i otwartej mentalności: od niemal trzech dekad nowe technologie były tu inkorporowane do codziennego życia i politycznych programów, panuje atmosfera otwartości na przedsiębiorczość i na każdego, bez względu na to, z jakiego miejsca na świecie przyjechał.
Na co dzień ma to rozmaitą postać: od programu e-rezydencji, kiedy to cyfrowym obywatelem kraju można zostać, przechodząc wcześniej procedurę online (pod koniec ubiegłego roku szacowano, że e-obywatelstwo estońskie posiada ok. 2600 Polaków), po brak biurokracji w kontaktach. W Estonii nie trzeba brnąć przez procedurę wielotygodniowego ubiegania się o spotkania z inwestorami, zdarza się, że nawet w dużych firmach na e-maila odpowiada od razu osoba decyzyjna, a nie anonimowe biuro, sekretarka czy zastępca zastępcy. To samo zresztą dotyczy polityków – premier Kristen Michal, lider Estońskiej Partii Reform, przez ostatnie dwie dekady przewinął się przez kilka resortów, które kładły podwaliny pod sukces kraju: od prawa, przez infrastrukturę, po gospodarkę. Jego spotkania z biznesem zwykle skutkują szybkimi decyzjami, ułatwiającymi biznesowi działanie.
Czytaj więcej
Chcemy, by nasi studenci nie tylko byli fachowcami, ale żeby stali się kreatorami i liderami. Mamy ambicję, żeby jak największa część z nich został...
Ale za tymi sukcesami stoi też solidna – i równie otwarta na kontakty – baza instytucji naukowych. TalTech – Uniwersytet Techniczny w Tallinie – a także uniwersytet w Tartu, park naukowy Tehnopol, Űlemiste City czy DeepTech Startup Network to miejsca, w których naukowcy są bardzo otwarci na rozmowę z biznesem. Przedsiębiorcy mogą korzystać z bazy laboratoryjnej albo zlecać badania czy finansować całe projekty. Korzystają obie strony, a wypracowane pomysły można testować na lokalnym rynku. Plus wszyscy gracze w tym procesie, polityków nie wyłączając, starają się iść za bieżącymi trendami – stąd choćby nacisk na rozwój fintechów przed kilkoma laty, a teraz m.in. na rozwiązania w zakresie obronności, deep tech czy sztucznej inteligencji.
– Od 2010 r. w estońskie start-upy zainwestowano 4,5 mld euro. 92 proc. tej kwoty to środki, które napłynęły do kraju z zagranicy – podsumowuje Mirjam Kert z organizacji Startup Estonia. Przeliczając per capita, republika ma najwyższy odsetek takich przedsiębiorstw w Europie (1100), a w ostatnich latach sektor ten rozwijał się dalece szybciej niż cała gospodarka kraju, na której odbiły się zarówno kryzysy energetyczne, jak i pandemia czy bliskość Rosji.
Przechył na Zachód
I teraz potężna łyżka dziegciu. W rankingu Global Innovation Index Estonia plasuje się zaledwie na 16. miejscu, wyprzedzona przez osiem innych europejskich państw: Szwajcarię, Szwecję, Wielką Brytanię, Finlandię, Niderlandy, Danię, Niemcy i Francję. Owszem, pewnym pocieszeniem dla Estończyków jest fakt, że inne kraje regionu są daleko za nią (Malta na 27., prawdopodobnie blisko tej pozycji mógłby się też znaleźć – nie uwzględniony w zestawieniu – Cypr, choć w obu przypadków głównie ze względu na rezydencję podatkową zarejestrowanych tam firm, a nie lokalne warunki tworzenia innowacji). W zasadzie Europa Środkowo-Wschodnia zaczyna dominować dopiero w czwartej dziesiątce: Czechy na 32. miejscu, Litwa na 33., Słowenia na 35., Węgry na 36., Bułgaria na 37., wreszcie Polska na 39. – zaledwie oczko wyżej niż Chorwacja. Przy czym innowacyjność w rozumieniu tego rankingu nie sprowadza się do jednego czynnika. I tak też trzeba patrzeć na zachodnioeuropejską czołówkę oraz środkowoeuropejski ogon.
Można zacząć od jakości kształcenia czy pozycji uniwersytetów w rankingach. Europę Środkowo-Wschodnią, przykładowo w zestawieniu QS World University Rankings: Europe 2026, reprezentuje 229 placówek na niespełna 1000 ujętych na liście – co oznacza przede wszystkim, że uniwersytetów w naszym regionie jest nieproporcjonalnie mniej, niż wynikałoby to z regionalnego potencjału. I nie są one szczególnie renomowane: do pierwszej setki europejskich uczelni wyższych załapuje się tylko jedna – Uniwersytet Karola w Pradze (92. pozycja). W drugiej setce mamy dwie polskie uczelnie – uniwersytety Warszawski i Jagielloński (113. i 126. pozycja), a niewiele brakowało, by dołączyła do nich Politechnika Warszawska (202. pozycja). Co więcej, teoretycznie są one bardziej cenione niż estońskie uniwersytety Tartu i TalTech (pozycje 136. i 230.).
Generalnie, porównując rankingi uczelni i innowacyjności, to Polska powinna rywalizować z Czechami o miano regionalnego lidera. Jak widać, jesteśmy w stanie zapewnić kształcenie na wysokim (jak na region) poziomie. Problem jednak w tym, że duże placówki, z wieloletnią historią i tysiącami całkiem udanych absolwentów, to nie wszystko. Większą rolę odgrywa zapewne nastawienie instytucji do pracy na potrzeby biznesu, współpracy z nim czy komercjalizacji uczelnianych projektów – i pod tymi względami zapewne wypadamy znacznie gorzej. Kariera naukowa bywa widziana w kategoriach „ucieczki przed korpo”, antytezy pogoni za pieniądzem, z kolei tylko mniejsze uczelnie (ustępujące renomą tym szacownym) skupiają się na kierunkach bardziej praktycznych, żeby nie powiedzieć – ścisłych, kształcenie wyższe też nie obejmuje aspektów związanych z komercjalizacją, rynkowym zastosowaniem wynalazków, realiami branż i rynków, które wyrosły wokół danej dziedziny wiedzy.
Czytaj więcej
Tegoroczny ranking najlepszych uczelni dowodzi, że największe i najbardziej prestiżowe ośrodki trzymają się mocno. Zaskoczeniem jest duży awans ucz...
Można tu także przypomnieć, że np. Estończycy coraz mocniej stawiają też choćby na dual use – użyteczność opracowywanych na potrzeby danej dziedziny (np. wojskowości) rozwiązań również w innych obszarach życia czy sektorach gospodarki. To zdawało wcześniej egzamin, m.in. w USA czy Izraelu. Zapewne niemałą rolę odgrywają też instytucje powoływane na potrzeby promowania współpracy między środowiskiem naukowym a biznesem, wsparcia w nawiązywaniu takich kontaktów, mentoringu biznesowego projektów tworzonych w środowisku uczonych. Za ideał takiej instytucji mogłoby uchodzić niemieckie Towarzystwo Maxa Plancka (Max-Planck-Gesellschaft): w historii tej organizacji podpisano ok. 2700 porozumień o komercjalizacji badań i wypromowano ok. 200 spółek typu spin-off założonych przez naukowców. W swoim czasie brytyjski „The Times” uznał Towarzystwo za najbardziej renomowaną nieuniwersytecką instytucję naukową świata.
Tyle że to ideał, który długo będzie niedościgniony. Max-Planck-Gesellschaft powstało w 1948 r., więc miało kilkadziesiąt lat więcej na zdobywanie doświadczeń i kontaktów. Funkcjonuje w ramach największej gospodarki w Europie, o wysokim stopniu innowacyjności i nawyku poszukiwania biznesowych perspektyw w projektach naukowych. Organizacja skupia ponad 80 instytutów badawczych i dysponuje rocznym budżetem powyżej 2 mld euro (2,15 mld w 2024 r.). Dla porównania mająca pełnić mniej więcej podobną rolę Sieć Badawcza Łukasiewicz skupia nieco ponad 20 instytutów badawczych, działa od 2019 r., może mówić o budżecie przekraczającym 1,5 mld zł, a i tak – według raportu Najwyższej Izby Kontroli z zeszłego roku – w okresie od powstania do końca I półrocza 2024 r. wydała 2,8 mld zł z minimalnymi, czy wręcz żadnymi, rezultatami. „Kontrolerzy Izby ustalili (…), że Centrum ponad dziesięciokrotnie zawyżyło dochody z komercjalizacji – z 21,5 mln zł do 236 mln zł” – pisali urzędnicy NIK. Sieć nie doczekała się przez siedem lat istnienia nawet swojego hasła w Wikipedii w języku innym niż polski.
Meandry narodowych narracji
Oczywiście, trudno dorównać niemieckiemu Towarzystwu. Co nie znaczy jednak, że nie należy próbować – i tu znowuż trzeba byłoby sięgnąć po estońskie przykłady. W małej bałtyckiej republice działa kilka organizacji tego typu na szczeblu narodowym, od Estońskiej Rady ds. Badań Naukowych, przez Startup Estonia i sieci Adapter, po przeznaczone do kontaktów nauka–biznes jednostki na uniwersytetach. Rządy w Tallinie lubią też podkreślać nakłady kierowane do środowisk naukowych – na atrakcyjne miejsca pracy, projekty naukowe, wspieranie udziału sektora nauki w gospodarce.
Niestety, i w tym przypadku ze świecą szukać analogicznych przykładów w naszym regionie. „Zaledwie 5,7 proc. budżetu programu Horizon Europe na lata 2014–2020 trafiło do rąk badaczy i innowatorów z grupy trzynastu państw, które weszły do UE po 2004 roku” – pisał swego czasu Florin Zubaşcu, ekspert portalu Science|Business. Mimo teoretycznego potencjału instytucji naukowych i lawiny start-upów, jakie powstają w środkowej Europie luka między Zachodem a Wschodem zdaje się powiększać. „W całej Unii zaledwie kilka państw wydaje na R&D więcej niż 3 proc. PKB, podczas gdy inne – zwłaszcza w centralnej i wschodniej Europie – nieustannie walczą, by utrzymać takie wydatki na poziomie przekraczającym 1 proc. PKB” – dodawał analityk.
Skromne budżety, przestarzałe metody ewaluacji, urzędnicze przyzwyczajenia z czasów komunizmu – to tylko kilka wspomnianych czynników. Problem w tym, że pomimo znacznego zwiększenia środków w programach takich jak Horizon Europe oraz wyrażenia nadziei, że będą one w większym stopniu wykorzystywane przez uczonych z naszej części Europy, przeszkody wydają się piętrzyć dziś bardziej niż wcześniej: niedawny spór o to, kto korzysta na programie IRIS2 (unijny program bezpiecznej łączności satelitarnej), został sprowadzony do narracji o wykorzystywaniu polskiego know-how przez europejskich gigantów. Ale trudno, żeby było inaczej, skoro mowa o projekcie wartym kilka miliardów euro, pewnie więcej niż cała rodzima branża. Innymi słowy, poza brakiem doświadczenia w nawiązywaniu kontaktów i niskimi budżetami, może nam grozić wpadnięcie w tok narracji o narodowych interesach i idącej w ślad za tym niechęci do zagranicznych partnerów, co dla rozwoju R&D w Polsce – i całym regionie CEE – byłoby tylko złą wróżbą.