W grudniową noc na paryskim poddaszu przy rue Clapeyron płomień małej lampki naftowej drżał w podmuchach wiatru przenikającego przez szpary w dachu. Woda w wiadrze już dawno zamarzła. Młoda kobieta, skulona nad książką do fizyki, nie czuła już własnych palców. Wprawdzie w pokoju był piecyk, ale wygaszony z braku węgla. Dziewczynę grzało to, co zdołała na siebie włożyć – wszystkie posiadane suknie i płaszcz.
Nagły skurcz żołądka spowodował, że zamknęła oczy. W głowie jej szumiało, obraz zaczął falować. Spróbowała wstać, zrobiła krok i bezwładnie osunęła się na podłogę. Zimna podłoga z surowych desek przywróciła ją do przytomności. Jeszcze tego dnia nic nie jadła, a jej ostatnim posiłkiem była rzodkiewka popita gorącą wodą.
Pakt dwóch sióstr
Polska lat osiemdziesiątych XIX w., uginająca się pod rosyjskim butem, była krajem zamkniętych drzwi. Tu kobiety nie mogły studiować. Podobnie było w zaborze pruskim, gdzie nie dopuszczono do powstania polskiego uniwersytetu, a politechniki w Berlinie, Hanowerze czy Aachen nie przewidywały miejsc dla słabej płci. Kobiety przyjmowano na studia w Galicji – mogły tam poznawać filozofię i medycynę we Lwowie i w Krakowie. W Warszawie pozostawał do ich dyspozycji jedynie Uniwersytet Latający – tajna, podziemna sieć edukacyjna, która dawała kobietom wiedzę, ale bez dyplomu.
Dla carskich władz Polki garnące się do nauki stanowiły element podejrzany i potencjalnie rewolucyjny. Jedyną ucieczką był Paryż i tamtejsza Sorbona. Cena biletu do raju była jednak astronomiczna.
Władysław Skłodowski, ojciec Marii, był bankrutem. Po nieudanych inwestycjach i utracie posady nie mógł sfinansować studiów jednej córce, a co dopiero dwóm. Maria i jej starsza siostra Bronisława stanęły przed ścianą. Na szczęście Maria miała plan – genialny w swojej prostocie, ale przerażający w realiach.
W mieszkaniu przy ulicy Nowogrodzkiej doszło do zawarcia niezwykłej umowy: „Najpierw ja idę do pracy – zdecydowała osiemnastoletnia Maria. – Będę zarabiać jako guwernantka i wysyłać ci każdy zaoszczędzony grosz, żebyś mogła skończyć medycynę w Paryżu. A kiedy zostaniesz lekarką, pociągniesz mnie za sobą”. To nie był zwykły układ rodzinny – to był cyrograf podpisany własną krwią.
Czytaj więcej
Jesienią 1911 r. Paryż karmił się linczem. Pod willą w Sceaux wściekły tłum wykrzykiwał obelgi i żądał, by „brudna cudzoziemka” wynosiła się z Fran...
Wprawdzie guwernantka stała wyżej niż posługaczki i kucharki, ale jej prawa nigdy nie były równe członkom rodziny pracodawców. Maria, dziewczyna o niezwykłych możliwościach umysłowych, wybitnie uzdolniona w dziedzinie nauk ścisłych, świadomie skazała się na lata intelektualnego zesłania i służby u zamożnych rodzin.
Życie na sprzedaż
Szczuki to oddalony o niemal sto kilometrów od Warszawy, położony niedaleko Ciechanowa majątek ziemski rodziny Żorawskich, bogatych plantatorów buraka cukrowego. Tam na początku 1886 r. niespełna 19-letnia Maria Skłodowska objęła posadę domowej nauczycielki córki gospodarzy. Dla wrażliwej, przyzwyczajonej do dyskusji o literaturze i fizyce warszawianki zderzenie z życiem na prowincji było jak zimny prysznic. Obowiązki były przewidywalne i nużące – czytanie, pisanie, francuski, nauka manier. Codziennie to samo. Skłodowska często czuła się wyobcowana – nie pasowała do świata właścicieli majątku, ale też nie należała do grona służby.
Maria nie zamierzała marnować czasu. Wstawała przed świtem. Zanim dzieci Żorawskich rozkleiły oczy, ona miała już za sobą godziny samodzielnej nauki matematyki i fizyki.
Nie poddawała się rutynie. Dostrzegła rolę inteligencji w działaniach na rzecz oświecania i edukowania najniższych warstw społeczeństwa, głównie chłopów i robotników. W wiejskiej izbie potajemnie otworzyła szkółkę dla chłopskich pociech. Przy świecy uczyła czytać i pisać dzieci, choć za taki proceder carskie władze groziły zesłaniem na Sybir. Prawdziwa tragedia Marii w Szczukach nie miała jednak nic wspólnego z tajną oświatą ani z nudną codziennością. Jej dramat miał na imię Kazimierz.
Bolesny mezalians
Gdy na wakacje z Warszawy wrócił najstarszy syn państwa Żorawskich, Kazimierz – przystojny, pewny siebie student matematyki na Uniwersytecie Warszawskim – wiejska monotonia pękła. Między młodym dziedzicem a inteligentną, dumną guwernantką błyskawicznie wybuchło gorące uczucie. Młodzi spotykali się w tajemnicy, godzinami dyskutowali o matematycznych równaniach i poezji. Kazimierz był zachwycony Marią. Ona – po raz pierwszy w życiu – zakochana bez pamięci. Zaręczyli się w tajemnicy.
Sielanka prysła, gdy o wszystkim dowiedzieli się rodzice Kazimierza. Dla Żorawskich Maria – mimo szlacheckiego rodowodu – była tylko służącą. Matka Kazimierza wpadła w furię, ojciec kategorycznie zakazał synowi popełnienia tak koszmarnego mezaliansu. Syn bogatych posiadaczy ziemskich nie mógł się ożenić z ubogą nauczycielką bez posagu!
Trudno sobie wyobrazić, co czuła Maria. Musiała zostać w domu Żorawskich. Potrzebowała pieniędzy na studia Broni – nie mogła unieść się honorem i rzucić posadę. Dzień w dzień, przy wspólnym stole, znosiła wzgardę, chłodne, pogardliwe spojrzenia chlebodawców i demonstracyjny dystans. Najbardziej jednak raniła ją słabość Kazimierza. Młody Żorawski nie miał odwagi przeciwstawić się woli rodziców. Zwodził Marię obietnicami, nie kończył relacji, ale też nie robił nic, by ją uratować. Poniżenie było absolutne.
Ten toksyczny stan trwał miesiącami. Upokorzenie wypaliło w Marii ranę na całe życie. Dziewczyna płakała w poduszkę, pisała rozpaczliwe listy do rodziny, ale nie odpuszczała. Uczyła się z wściekłą zaciekłością. Jeśli świat chciał ją oceniać przez pryzmat braku majątku, ona siłą umysłu miała rzucić ten świat na kolana.
Czytaj więcej
Dwa transatlantyki, dwaj prezydenci i cel wart miliony dolarów. Zamiast bezczynnie czekać na dotacje i łaskę decydentów, Maria Skłodowska-Curie sam...
Paryski sen staje się jawą
Tysiąc pięćset kilometrów dzieli Warszawę od Paryża. Dwa i pół dnia podróży rozdzielone dwiema nocami. Jesienią 1891 r. na Dworcu Północnym w Paryżu, zatopionym w kłębach pary i hałasie pociągów, z wagonu czwartej klasy wysiadła chuda, skromnie ubrana dwudziestoczteroletnia kobieta. W rękach trzymała składane drewniane krzesło, na którym odbyła podróż – symboliczny rekwizyt jej determinacji – oraz niewielki kufer. Bronisława, zgodnie z obietnicą, skończyła studia i wyciągnęła do siostry pomocną dłoń. Maria Skłodowska wreszcie mogła przekroczyć próg Sorbony.
W Paryżu tętniła belle époque. Ludzie żyli w poczuciu dobrobytu, pełni wiary w postęp i rozwój. Niedawno wzniesiona wieża Eiffla nadal fascynowała rozmiarem, a miasto zaczynało lśnić światłem elektrycznym, co przyciągało artystów i naukowców z całego świata. Dla Marii to wszystko nie miało znaczenia, dla niej istniał tylko jeden punkt na mapie Paryża – Faculté des Sciences.
Paryska rzeczywistość okazała się wyzwaniem, przy którym praca na prowincji była zaledwie przygrywką. Maria zamieszkała w Dzielnicy Łacińskiej, w małym pokoiku na poddaszu na szóstym piętrze. Szybko okazało się, że jej wiedza – zdobywana po nocach w Szczukach i na tajnych kompletach w Warszawie – miała potężne luki w porównaniu do tej z prestiżowych francuskich liceów. Dziewczyna nie znała też specjalistycznego francuskiego słownictwa naukowego. Niejeden załamałby ręce, a Skłodowska postanowiła przyspieszyć.
Życie za trzy franki dziennie
Miesięczny budżet Marii w Paryżu wynosił około stu franków. Wystarczało to na czynsz, czesne na uczelni i książki. Nie wystarczało na węgiel do piecyka, ale przecież w bibliotece Sainte-Geneviève było widno i ciepło. Do zamknięcia placówki o godz. 22 problem był rozwiązany – można było spokojnie pracować nad książkami. Dopiero później trzeba było wrócić na lodowate poddasze.
Gdy nadchodziły paryskie mrozy, w izbie zamarzała woda. Marii szkoda było pieniędzy na węgiel. Żeby móc pisać, ogrzewała skostniałe dłonie nad płomieniem lampy naftowej. Kiedy zimno stawało się nie do zniesienia, wkładała na siebie wszystkie ubrania z kufra, a gdy i to nie pomagało, wykorzystywała dostępne w izbie sprzęty – nakrywała się jedynym materacem i układała na sobie ciężkie krzesło – cokolwiek, by zatrzymać resztki ciepła.
Jej dieta stanowiła osobną historię skrajności. Nie potrafiła gotować, a zresztą szkoda jej było na to czasu i pieniędzy. Żywiła się chlebem, herbatą, od czasu do czasu kawałkiem czekolady lub jajkiem. Mięso nie pojawiało się w jej jadłospisie tygodniami.
Gdy zemdlała na uczelni, do swojego mieszkania zabrał ją szwagier, Kazimierz Dłuski. Wezwany lekarz nie miał wątpliwości: „Ta dziewczyna nie jest chora. Ona po prostu umiera z głodu!”. W ciągu kilku dni racjonalna dieta, mięsny rosół i opieka lekarska przywróciły Marii siły. Jednak dla młodej badaczki ten bezpieczny azyl szybko stał się pozłacaną klatką.
Mieszkanie Dłuskich leżało na obrzeżach Paryża. Dojazd na uczelnię zajmował ponad godzinę w jedną stronę. Aby dotrzeć ze swojego poddasza do sal wykładowych, Skłodowska potrzebowała jedynie kilku minut. Bronisława prowadziła otwarty dom dla polskiej emigracji, ciągle ktoś w nim gościł – toczono dyskusje, grano na pianinie, parzono herbatę. Dla Marii gwar był nie do zniesienia. Potrzebowała skupienia na nadrabianie zaległości z matematyki i fizyki.
Dla Skłodowskiej możliwość nauki i całkowita kontrola nad własnym losem były wartościami ważniejszymi niż ciepły piec, syty obiad czy wygoda mieszkania u kochającej rodziny. Maria uciekła z powrotem do swej lodowej samotni. Każda godzina spędzona bez książek była dla niej czasem zmarnowanym.
Królowa dwóch nauk
W lipcu 1893 r. w wielkiej auli Sorbony panowała uroczysta cisza. Profesorowie w togach odczytywali wyniki egzaminów licencjackich z nauk fizycznych. Najlepszą studentką na całym uniwersytecie została Polka – Maria Skłodowska. Nie koniec na tym. Rok później, w 1894 r., złożyła egzaminy z nauk matematycznych. Tym razem wynik był nieco słabszy – zajęła drugie miejsce. Skromna dziewczyna z Polski pokonała najwybitniejszych francuskich rówieśników.
W tym samym czasie w jej życiu pojawił się cichy fizyk o łagodnym spojrzeniu. Gdy Piotr Curie po raz pierwszy ujrzał tę wycieńczoną, ale emanującą hipnotyzującą siłą woli kobietę, zrozumiał, że spotkał kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto dla nauki był w stanie zrobić wszystko. Dalej Maria Skłodowska nie musiała już walczyć sama – podróż po meandrach chemii i fizyki stała się łatwiejsza.
Gdy po latach mówiła o tym paryskim okresie nędzy, nie było w niej żalu. „To życie, cokolwiek dziwne, miało dla mnie urok prawdziwy – pisała we wspomnieniach. – Dawało mi przemożne poczucie wolności i niezależności”. Maria Skłodowska dokonała niemożliwego nie w sterylnym laboratorium, ale w chwili, gdy głodna i wyczerpana wstała z zimnej podłogi paryskiego poddasza, podkręciła lampę naftową i ponownie otworzyła podręcznik do fizyki.
Przy pisaniu tekstu korzystałem m.in. z: Maria Skłodowska-Curie „Autobiografia” oraz „Szkice biograficzne”, Susan Quinn „Życie Marii Curie”, Eve Curie „Maria Curie”