W maju 1920 r. w skromnym laboratorium Instytutu Radu przy rue Pierre-Curie naprzeciwko siebie siadają dwie kobiety z zupełnie innych światów. Pierwsza to Maria Skłodowska-Curie – dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, ikona światowej fizyki i chemii, a jednocześnie osoba skrajnie wycieńczona wieloletnią pracą z materiałami promieniotwórczymi, nosząca ślady poparzeń na dłoniach i zmagająca się z postępującą zaćmą. Druga to Marie Mattingly „Missy” Meloney – drobna, niezwykle energiczna redaktorka wpływowego nowojorskiego magazynu kobiecego „The Delineator”.

Meloney, dysponująca genialnym zmysłem reporterskim i bezbłędną intuicją marketingową, pyta swoją rozmówczynię o to, czego najbardziej potrzebuje do kontynuowania badań. Spodziewa się zapewne długiej listy nowoczesnych przyrządów laboratoryjnych lub funduszy na międzynarodowe stypendia. Odpowiedź uczonej jest jednak krótka, wyprana z emocji i porażająca w swojej prostocie: – Potrzebuję grama radu. Ale nie mogę go kupić, nie mam tyle pieniędzy.

Po I wojnie światowej Francja znalazła się w ruinie finansowej. Choć francuski rząd jest dumny z noblistki, potrafi jej zaoferować jedynie ordery, a nie realne subsydia budżetowe. A rad jest w owym czasie najdroższą substancją na planecie. Jeden gram tego lśniącego w ciemności pierwiastka kosztuje fortunę – około 100 tys. dol., co stanowi równowartość ponad 1,2 mln dol. w dzisiejszej sile nabywczej.

Paryski instytut posiada wprawdzie gram substancji, ale jest on w całości zarezerwowany do celów medycznych – pionierskich terapii nowotworowych. Do pracy czysto badawczej Skłodowska-Curie nie ma nic.

„Missy” Meloney natychmiast dostrzega w tym wielki temat, ale jej ambicje sięgają znacznie dalej niż tylko zapełnienie gazetowych szpalt. W głowie Amerykanki rodzi się bezprecedensowy plan. Skoro rządy nie mają pieniędzy, trzeba poprosić o nie społeczeństwo. W ten sposób, na styku europejskiej nauki i amerykańskiego dziennikarstwa, rodzi się koncepcja nowoczesnego crowdfundingu – zbiórki społecznościowej. Ten pomysł zmieni zasady finansowania globalnej nauki na zawsze.

Mit o ubogiej wdowie

Przed rokiem 1921 Maria Skłodowska-Curie była w Stanach Zjednoczonych postacią podziwianą, ale w purytańskim społeczeństwie wciąż unosił się nad nią cień dawnego, paryskiego skandalu obyczajowego związanego z Paulem Langevinem. „Missy” doskonale rozumiała, że aby otworzyć portfele amerykańskich milionerów i klasy średniej, musi stworzyć wizerunek Marii na nowo. Postanowiła przeprowadzić operację z zakresu public relations, jakiej świat nauki jeszcze nie widział.

Meloney z premedytacją odsunęła na boczny tor wizerunek Skłodowskiej-Curie jako twardej, bezkompromisowej rewolucjonistki, która w męskim świecie wywalczyła sobie pozycję pierwszej profesorki na Sorbonie. Zamiast tego amerykańska prasa zaczęła kreować zupełnie nową, chwytliwą opowieść – historię skromnej, ubogiej wdowy, genialnej uczonej, która w imię miłości do ludzkości zrzekła się wszelkich zysków z patentów, a teraz samotnie wychowuje dwie córki i poświęca życie badaniom dotyczącym walki z rakiem. Medialna narracja była precyzyjnie przemyślana – pokazywano kobietę, która dała światu lekarstwo, a sama nie posiadała ani odrobiny tego cudownego leku do własnych prac.

Ta uproszczona, wręcz hagiograficzna opowieść trafiała wprost w serca milionów Amerykanek, budząc w nich poczucie głębokiej solidarności. Meloney powołała do życia Marie Curie Radium Fund – komitet zbiórki, na czele którego stanęły najbardziej wpływowe kobiety w USA. Ruszyła potężna machina promocyjna. W całym kraju organizowano odczyty, bale charytatywne oraz zbiórki w szkołach. Amerykańskie kobiety – od nowojorskich sfer wyższych po robotnice z fabryk – wpłacały dolara za dolarem. W ciągu niespełna roku cel został osiągnięty: na koncie komitetu zabezpieczono wymagane 100 tys. dol., a gram radu został zamówiony w zakładach przetwórczych w Pensylwanii. Pozostało tylko jedno – noblistka musiała osobiście przyjechać do Ameryki i ten rad odebrać.

Czytaj więcej

Architekci mikroświata

Introwertyczka w Nowym Jorku

Gdy w maju 1921 r. luksusowy transatlantyk „Olympic” przybija do brzegów Nowego Jorku, na nabrzeżu kłębią się tłumy. Błyskają flesze aparatów, orkiestra gra hymny, a dziennikarze walczą o każdą wypowiedź. W centrum tego medialnego cyklonu stoi drobna, ubrana w skromną, czarną suknię kobieta o zniszczonych dłoniach. Nie przyjechała tu po oklaski. Przyjechała po najdroższy pierwiastek świata, a scenariusz jej wizyty napisała jedna z najpotężniejszych kobiet amerykańskiej prasy.

Dla introwertycznej, cichej i schorowanej uczonej ten nagły kontakt z amerykańską kulturą widowiska był głębokim szokiem. Ameryka lat 20. to kraj dynamicznych narodzin nowoczesnego marketingu, gdzie wszystko musiało być głośniejsze i bardziej spektakularne niż w tradycyjnej Europie. Maria, która całe życie spędziła w ciszy laboratoriów, unikając wywiadów, nagle stała się celebrytką najwyższego formatu.

Program wizyty, pieczołowicie zaplanowany przez „Missy” Meloney, okazał się morderczy. Uczona odwiedzała uniwersytety, zakłady przemysłowe i uczestniczyła w spotkaniach z elitami. Każde wyjście z hotelu oznaczało walkę z tłumem fotoreporterów łaknących choćby jednego ujęcia. Amerykańska machina PR działała bezwzględnie – noblistka była prezentowana jako żywy pomnik, co generowało gigantyczne zainteresowanie opinii publicznej, ale jednocześnie doprowadzało badaczkę do skrajnego wycieńczenia. Zmagająca się z zawrotami głowy i szumami w uszach Skłodowska-Curie musiała w pewnym momencie zabandażować obolałą prawą rękę, która została uściśnięta tysiące razy przez rozentuzjazmowanych Amerykanów.

Kluczyk prezydenta Hardinga

Kulminacyjny punkt tej fety miał miejsce 20 maja 1921 r. w Waszyngtonie. W obecności zagranicznych dyplomatów, wybitnych naukowców i przedstawicieli rządu prezydent USA Warren Harding wręczył Marii Skłodowskiej-Curie niezwykły prezent. Był to niewielki, wykonany z litego złota kluczyk, otwierający ciężką, wyłożoną ołowiem mahoniową szkatułę. Wewnątrz niej znajdował się cylinder skrywający bezcenny skarb – jeden gram radu.

Odebranie szkatuły było zwieńczeniem kilkunastu nerwowych godzin rozgrywających się za kulisami. Dzień wcześniej Maria otrzymała dokumenty dotyczące przyjęcia darowizny. Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że rad ma być przekazany jej jako osobie prywatnej, z pełnym prawem do dziedziczenia przez jej córki, Irenę i Ewę. Reakcja noblistki była natychmiastowa i stanowcza. Oświadczyła, że rad nie należy do niej, lecz do nauki, i nie przyjmie go, jeśli nie zostanie jasno zapisane, że stanowi on własność laboratorium, a po jej śmierci przejdzie na rzecz Instytutu Radu. Pieniądze zebrano od społeczeństwa, więc kruszec musiał służyć ludzkości, a nie jej rodzinie.

Przepisanie aktu notarialnego w kilkanaście godzin graniczyło z cudem, ale determinacja Skłodowskiej-Curie nie pozostawiła pola do dyskusji. Amerykańscy urzędnicy musieli ustąpić przed moralnym autorytetem kobiety, która nie zamierzała spieniężyć swojej sławy.

Czytaj więcej

Nauka, która nie boi się błędów

Misja dla Warszawy

Osiem lat później, w październiku 1929 r., siedemdziesięciodwuletnia Skłodowska-Curie ponownie wsiadła na statek płynący do Stanów Zjednoczonych. Świat stał już u progu Wielkiego Kryzysu, a sama uczona była jeszcze słabsza fizycznie. Jednak jej misja nie została zakończona. O ile pierwsza wyprawa miała umożliwić badania w Paryżu, o tyle druga miała wymiar głęboko patriotyczny. Noblistka pragnęła zdobyć drugi gram radu dla Instytutu Radowego w Warszawie.

„Missy” ponownie stanęła u boku Marii. Tym razem strategia marketingowa musiała zostać radykalnie zmodyfikowana. Meloney zrezygnowała więc z szerokiego crowdfundingu na rzecz precyzyjnego uderzenia w elity finansowe oraz prywatne kręgi filantropijne.

Gospodarzem wizyty w Waszyngtonie był prezydent Herbert Hoover. Choć spotkanie było skromniejsze niż to z Hardingiem, jego efekt okazał się równie spektakularny. Hoover, żywiący głęboki szacunek do dokonań Polki, wręczył jej czek – fundusze zebrane bezpośrednio od amerykańskich mecenasów nauki. Pieniądze te zostały natychmiast zamienione na rad, który wkrótce trafił do Warszawy, stając się fundamentem pod nowoczesną polską onkologię. Podczas tej drugiej podróży Skłodowska-Curie jawiła się już nie jako zagubiona w tłumie skromna wdowa, ale jako wytrawna, międzynarodowa dyplomatka naukowa, która doskonale wiedziała, że jej nazwisko to potężna marka, którą należy wykorzystać do realizacji wyższych celów.

Wyjść do ludzi

Amerykańskie podróże Marii Skłodowskiej-Curie całkowicie przedefiniowały model finansowania badań naukowych w XX w. Przed jej wyprawami nauka w Europie opierała się głównie na skromnych dotacjach państwowych lub kaprysach bogatych mecenasów. Zderzenie Skłodowskiej-Curie z amerykańskim kapitalizmem, mediami oraz nowo powstającą kulturą masową stworzyło precedens, który funkcjonuje we współczesnym świecie pod postacią grantów, fundacji i zbiórek publicznych.

Noblistka jako jedna z pierwszych zrozumiała, że naukowiec nie może pozostawać zamknięty w wieży z kości słoniowej. Aby zmieniać świat, musi wyjść do ludzi, opowiedzieć im swoją historię, zafascynować ich i zdobyć zaufanie. Jej współpraca z „Missy” Meloney była pierwszą w historii tak wielką, międzynarodową kampanią z zakresu public relations i marketingu społecznego na rzecz nauki. Maria Skłodowska-Curie opuściła Stany Zjednoczone z bezcennym ładunkiem radu, ale zostawiła tam coś znacznie trwalszego – dowód na to, że determinacja połączona z jasną wizją komunikacyjną potrafi przełamać każdą barierę finansową i polityczną.