Chodzi o lekarzy i pielęgniarki spoza Unii Europejskiej, którzy uzyskali prawo wykonywania zawodu w Polsce w tzw. trybie uproszczonym, wprowadzonym w czasie pandemii COVID-19, a później utrzymanym w związku z napływem uchodźców po wybuchu wojny w Ukrainie. Osoby, które złożyły wnioski o prawo wykonywania zawodu w tym trybie przed 24 października 2024 r., muszą teraz potwierdzić znajomość języka polskiego na poziomie co najmniej B1. Choć przepisy obowiązują od dwóch lat, ich egzekwowanie było odłożone w czasie.
Problem polega na tym, że równolegle pojawiła się inicjatywa wydłużenia okresu przejściowego o rok – do 1 maja 2027 r. Poprawka wpłynęła do Sejmu podczas Komisji Zdrowia 28 kwietnia, a więc na trzy dni przed wejściem w życie obowiązku potwierdzenia certyfikatem znajomości języka polskiego i w rezultacie nie zdążyła przejść pełnej ścieżki legislacyjnej. Powstał stan prawnej niepewności w czasie którego izby lekarskie i pielęgniarskie mają podstawę do podejmowania decyzji o cofnięciu prawa wykonywania zawodu wobec osób, które nie dostarczyły wymaganych dokumentów. A kiedy przepisy zostaną zmienione, część tych decyzji może zostać podważona w sądach.
Poziom znajomości języka a bezpieczeństwo pacjentów
Sam obowiązek potwierdzenia znajomości języka jest efektem doświadczeń z ostatnich lat. Uproszczony tryb dopuszczania do zawodu, funkcjonujący od 2020 r. (realnie od 2021 r.), początkowo nie przewidywał żadnego formalnego sprawdzania znajomości polskiego. W praktyce oznaczało to, że do pracy trafiały osoby, które miały poważne trudności w komunikacji. – Docierały do nas mnogie sygnały, że część lekarzy, którzy dostali warunkowe prawo wykonywania zawodu, nie potrafiła porozumieć się ani z pacjentem, ani z innymi członkami personelu. A taka sytuacja może być potencjalnie bardzo niebezpieczna – przyznaje Mariusz Klencki, dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych w Ministerstwie Zdrowia. Wprowadzenie wymogu potwierdzenia znajomości języka miało to ryzyko ograniczyć. Klencki podkreśla jednak, że same przepisy nie są w stanie całkowicie wyeliminować ryzyka błędów medycznych. – Lekarze, którzy zdobywając zawód w normalnym trybie, ukończyli studia wyższe w Polsce, zdali odpowiednie egzaminy, dostali prawo wykonywania zawodu, też czasem popełniają błędy. Trudno więc mówić o rozwiązaniach legislacyjnych, które wyeliminują zagrożenie wystąpienia błędu popełnionego przez lekarza z zagranicy, który otrzymał prawo wykonywania zawodu w trybie uproszczonym. Możemy natomiast mówić o minimalizowaniu ryzyka i zapewnieniu odpowiedniej jakości świadczeń. Ta zmiana temu sprzyja – zaznacza.
Czytaj więcej
Ani weto, ani projekt prezydenta nie zmieniają ogólnych zasad dopuszczania do wykonywania zawodu przez lekarzy z Ukrainy w Polsce.
Środowisko lekarskie od początku krytycznie podchodziło jednak do przyjętego poziomu B1. Jak mówi rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, jest zbyt niski, jak na standardy europejskie. – Naszym zdaniem to powinien być minimalnie poziom B2. W żadnym kraju Unii Europejskiej nie można wejść do zawodu lekarza bez języka, tak jak było u nas do niedawna, czy nawet z właśnie poziomem B1. Wszędzie jest to poziom wyższy, a docelowo nawet C1 – tłumaczy Jakub Kosikowski.
Rzecznik NIL zwraca również uwagę na praktyczny wymiar problemu. Brak znajomości języka utrudnia nie tylko rozmowę z pacjentem, ale także analizę dokumentacji medycznej czy wyników badań. – Jeżeli lekarz nie zna języka polskiego, to jak zapozna się chociażby z wynikiem tomografii, czy endoskopii, który jest przecież napisany po polsku? – dopytuje Kosikowski. W jego ocenie medyk, który nie rozumie języka, mimo dobrego wykształcenia, może stanowić zagrożenie dla pacjenta.
Ministerstwo Zdrowia odpowiada, że „jakiś poziom trzeba było przyjąć”. Zdaniem dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych poziom B1 jest kompromisem. – Jest to poziom, na który zgodzili się zarówno ci, którzy chcieliby wpuszczać wszystkich lekarzy z zagranicy, bez żadnych ograniczeń, jak i ci, którzy są sceptyczni, co do tego pomysłu – wskazuje Klencki. Dodaje, że chodzi przede wszystkim o znajomość języka medycznego, a nie ogólną biegłość językową. Pojawia się jednak pytanie, czy przepisów tych nie można było skonstruować tak, aby faktycznie sprawdzana była znajomość języka „lekarskiego”, jak ma to miejsce np. we Włoszech.
Czytaj więcej
Resort zdrowia rozważa likwidację możliwości wykonywania zawodu lekarza na terenie Polski przez medyków z Ukrainy, którzy otrzymali w tej sprawie p...
Różne interpretacje tych samych przepisów
Dodatkowym źródłem niepewności jest brak jednoznacznej interpretacji przepisów. Ustawa o pomocy obywatelom Ukrainy przewiduje obowiązek spełnienia wymogu dostarczenia zaświadczenia o znajomości języka „pod rygorem utraty prawa wykonywania zawodu”, ale nie precyzuje mechanizmu jego egzekwowania. Według Ministerstwa Zdrowia przepisy te nie działają automatycznie. Klencki zaznacza, że nie chodziło o natychmiastowe, systemowe odbieranie uprawnień wszystkim, którzy nie spełnili wymogu, lecz o stworzenie podstawy do egzekwowania tego prawa przez izby.
Naczelna Izba Lekarska interpretuje to inaczej. Kosikowski podkreśla, że w ich ocenie prawo wykonywania zawodu wygasa z mocy ustawy, a izby jedynie formalizują ten stan poprzez decyzje administracyjne. Zapowiada przy tym wprost, że jeśli dokumenty nie zostaną dostarczone, izby będą działać zgodnie z obowiązującym prawem. Na problem ten zwróciło uwagę również biuro legislacyjne Sejmu, które wskazuje nie tylko na niejasność przepisów, ale także na ryzyko związane z próbą ich zmiany „w ostatniej chwili”. Eksperci podkreślają, że proponowana poprawka wykracza poza zakres procedowanej ustawy i realnie zakłada działanie wstecz, co budzi poważne wątpliwości prawne.
Dlaczego posłowie chcą wydłużyć termin?
Zwolennicy przesunięcia terminu rozpoczęcia egzekwowania tych przepisów argumentują, że obecne regulacje nie uwzględniają realiów systemu. Lekarze i pielęgniarki z Ukrainy w wielu miejscach są dziś kluczowym elementem kadry. – Właściwie w każdym mieście powiatowym jest szereg takich lekarzy obcokrajowców, głównie ukraińskich, którzy pracują i doskonale uzupełniają kadry – mówi poseł PiS Bolesław Piecha.
Czytaj więcej
Narodowy Fundusz Zdrowia „zarabia” rocznie ponad 1,5 mld zł z tytułu leczenia obywateli Ukrainy. Koszty świadczeń medycznych dla osób pracujących i...
Poseł KO Krzysztof Bojarski, wnioskodawca poprawki, wskazuje, że część z tych osób nie zdążyła spełnić wymogów nie z własnej winy. Problemem była ograniczona liczba egzaminów językowych oraz przeciążenie ośrodków egzaminacyjnych. Dodatkowo pojawiały się opóźnienia w wydawaniu certyfikatów, co prowadziło do sytuacji, w których lekarz zdał egzamin, ale formalnie nie mógł tego udokumentować. Dlatego też resort zdrowia rozszerzył katalog dokumentów poświadczających znajomość języka o zaświadczenie o zdanym egzaminie. Mimo to Ministerstwo Zdrowia uważa, że dwa lata to był wystarczający czas na dopełnienie formalności, dlatego zachowuje neutralność wobec propozycji przesunięcia terminu egzekwowania tego wymogu o rok.
Sądowy scenariusz już się realizuje
Niezależnie od dalszych decyzji legislacyjnych jedno jest pewne – spory prawne są nieuniknione. Już teraz lekarze z Ukrainy masowo zaskarżają decyzje izb lekarskich, które od dawna uzależniają przyznanie warunkowego prawa do wykonywania zawodu od znajomości języka polskiego – mimo że wymóg ten nie był wówczas wiążący. Do sądów trafiło już ponad 300 uchwał Naczelnej Rady Lekarskiej, a w 24 sprawach Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał lekarzom rację.
Jeśli począwszy od 1 maja izby zaczną cofać prawo wykonywania zawodu, a następnie przepisy zostaną zmienione, liczba takich spraw może gwałtownie wzrosnąć. Ministerstwo Zdrowia próbuje temu zapobiec. – Aby tego uniknąć przygotowujemy pismo do okręgowych izb lekarskich oraz pielęgniarek i położnych, opisujące dokładnie zmieniającą się sytuację prawną, z sugestią, by nie egzekwowały pośpiesznie aktualnych przepisów i nie podejmowały automatycznie uchwał o odebraniu prawa wykonywania zawodu – informuje Klencki.
Nie ma jednak gwarancji, że samorząd lekarski zastosuje się do tych sugestii. Izby są niezależne, a ich stanowisko wobec uproszczonego trybu od dawna jest sceptyczne: zarówno z uwagi na kwestie bezpieczeństwa, jak i wpływu na rynek pracy. W efekcie system ochrony zdrowia wchodzi w maj z niejednoznacznymi przepisami, ryzykiem niedoboru kadr oraz realnym ryzykiem chaosu prawnego, którego skutki mogą być odczuwalne zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów.