Różne finały oglądał Stadion Narodowy, od kiedy w roku 2013 stał się pierwszy raz ich areną. Były mecze lepsze i gorsze, ekscytujące i wstydliwe z powodu chuligańskich zachowań kibiców. Kiedy Legia spotykała się tu z Lechem nie wyprodukowano nawet okolicznościowych szalików z herbami obydwu klubów, bo nikt w Warszawie i w Poznaniu by takiego szalika nie założył

Po odpaleniu rac zapaliły się nawet części konstrukcji dachu stadionu, a w kilku przypadkach policja miała pełne ręce roboty. Tym razem wszystko odbywało się tak, jak powinno wyglądać święto. Nikt go nie zepsuł, a race odpalone przez kibiców Rakowa na nikim nie zrobiły wrażenia.

Kibice Rakowa Częstochowa podczas finałowego piłkarskiego Pucharu Polski z Gónikiem Zabrze na PGE Na

Kibice Rakowa Częstochowa podczas finałowego piłkarskiego Pucharu Polski z Gónikiem Zabrze na PGE Narodowym w Warszawie, 2 maja

Foto: PAP, Leszek Szymański

Mecz, który stał się prawdziwym świętem futbolu

Niejednokrotnie za granicą, kiedy jechałem na mecze podobnej rangi, marzyłem, aby kiedyś mieć taki stadion, jakie były tam, i żeby kibice w koszulkach swoich klubów nie musieli drżeć o zdrowie. No i doczekałem się. Kibice Górnika i Rakowa raczej nie mają nic do siebie. Nawet oszczędzono sobie wzajemnych bluzgów, tak charakterystycznych dla stadionów. Jakieś gwizdy przy wyczytywaniu składów przez zaproszonych klubowych spikerów – normalka.

Jechałem metrem razem z kibicami z Częstochowy i Zabrza. Wszyscy razem, rodziny z małymi dziećmi, żadnych waśni. Większość podekscytowana nie tylko samym meczem, ale i jego miejscem. Stadion Narodowy to miejsce reprezentacji Polski. Drużyna klubowa może na nim wystąpić tylko w finale rozgrywek o Puchar Polski.

To jest zaszczyt i wyróżnienie. Na konferencji dzień przed meczem trener Górnika Michal Gasparik, który ze Spartakiem Trnava trzykrotnie wywalczył Puchar Słowacji, podkreślał, że choć pod względem sportowym jego waga była wyjątkowa, to organizacyjnie nie umywa się to do Pucharu Polski. Między innymi dlatego, że Słowacja nie ma takiego stadionu.

Na Stadion Narodowy przyszło 50 tysięcy ludzi. Kiedy, jak zawsze przed takimi finałami, odegrano hymn Polski, a tym razem z kibicami odśpiewał go Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” w ludowych strojach śląskich, przez trybuny przeszedł dreszcz. To było coś niezwykle wzruszającego.

Sam mecz stał na niezłym poziomie. Dzień wcześniej Legia i Widzew dały pokaz nieudolności w ekstraklasie. Obydwie drużyny dokładały starań, żeby nie przegrać. Górnik i Raków robiły wszystko, żeby wygrać.

Górnik odważniejszy i dojrzalszy. Raków bez odpowiedzi

Obydwie się dobrze znają, mogłoby się wydawać, że doświadczenie Rakowa z ostatnich lat, w których zdobywali trofeum lub byli w finale, da im przewagę. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Ivi Lopez nie jest już tak dobry, jak przed kontuzjami, Jean Carlos Silva tym razem się zagubił, Jonathan Brunes rzadko dochodził do piłki, chociaż to z jego strony groziło Górnikowi największe niebezpieczeństwo. Patryk Makuch jest napastnikiem najwyżej na I ligę – to wiadomo nie od dziś.

W porównaniu z nimi zabrzanie grali swobodniej, mieli więcej pomysłów i zbudowali więcej groźnych akcji. Dopięli swego w 32. minucie. Po dośrodkowaniu Erika Janży z rzutu rożnego pomocnik Roberto Massimo wyprzedził obrońców Rakowa, bramkarza, który źle pilnował tej części bramki i zdobył strzałem głową prowadzenie dla Górnika.

To właśnie Massimo, Niemiec o liberyjskich korzeniach był do tej pory wyróżniającym się graczem, a gol był tego ukoronowaniem.

Górnik poczuł się jeszcze pewniej, nie miał słabych punktów, wyraźnie panował na boisku. Raków nie potrafił odpowiedzieć w żaden sposób. Jeśli czasami przerwa w meczu i wskazówki trenera potrafią odmienić sytuację, to tym razem nic takiego się nie wydarzyło.

W drugiej połowie wciąż panowali zabrzanie, a gol Maksima Chłania w 65. minucie na 2:0 dodał im pewności siebie. Chłań to Ukrainiec, którego w roku 2023 Lechia Gdańsk sprowadziła z Ługańska, a rok temu odkupił go Górnik. To piękne, że w Polsce może zapomnieć o tym, co dzieje się w jego ojczyźnie, a jego imię skanduje stadion.

Dopiero po tej stracie Raków zaczął grać odważniej. Wreszcie groźne akcje, kończone dwoma strzałami, przeprowadził Lamine Fadiga. Ale nadzieja, że dwumetrowy napastnik Leonardo Rocha będzie wygrywał pojedynki w powietrzu, spełzła na niczym.

Podolski dopisał kolejny rozdział do swojej kariery

Na dwie minuty przed końcem gry na boisko wszedł Lukas Podolski. To pierwszy przypadek w historii rozgrywek Pucharu Polski, że w finale wystąpił mistrz świata. Podolski zdobywał już puchary Niemiec, Anglii, Turcji i Japonii. Teraz dodał do kolekcji puchar kraju, w którym się urodził, i w którym (w barwach Szombierek) grał w lidze jego ojciec. Za miesiąc Podolski stanie się właścicielem Górnika.

Wejście Podolskiego, który potrafi jak mało kto utrzymywać się przy piłce, zirytowało Norwega Jonathana Brunesa, który brutalnie go zaatakował, za co został ukarany czerwoną kartką. Dwie minuty później, w czasie których Podolski zdołał oddać jeszcze dwa zablokowane strzały, już nic się nie wydarzyło. Sędzia z Kluczborka Jarosław Przybył prowadził zawody wzorowo.

Legenda Górnika uhonorowana na PGE Narodowym

Górnik zasłużył na zwycięstwo. Przemiłym gestem stało się zaproszenie przez PZPN do Warszawy legendy Górnika – 88-letniego Stanisława Oślizły. Kiedyś, po zwycięstwach Górnika w finałach to on pierwszy wznosił puchar. Ówczesne trofeum ważyło blisko 20 kg i podniesienie go na wyprostowanych rękach, po półtoragodzinnej walce, wymagało nie lada kondycji. Trofeum zdobi siedzibę Górnika w Zabrzu.

Tym razem Stanisław Oślizło nie musiał już podnosić nowego Pucharu Polski, który też nie jest lekki. Asystował jedynie przy jego wręczaniu następcom, którzy mogliby być jego prawnukami.

Takie widowiska chce się oglądać.