Jest porcja dobrych wiadomości i trochę złych. Zacznijmy od tych lepszych. Chyba nikt już nie ma wątpliwości, że polska gospodarka musi wjechać na nowe tory. Nie da się podbijać świata, licząc na niskie koszty pracy (odchodzą już do przeszłości), względnie tanią energię (już odeszła do przeszłości) czy też status prostego podwykonawcy dla międzynarodowych graczy (nie ma już statusu prostego podwykonawcy, każdy z nich musi być uzbrojony po zęby w technologie).

Czyli – mamy konsensus, że nasza gospodarka potrzebuje innowacyjnego skoku. A jedną z najprostszych ścieżek wiodących w tę stronę jest współpraca ze światem nauki. Tylko – i tutaj dochodzimy do gorszych wiadomości – wydaje się, że nie za bardzo wiadomo, jak skutecznie rozkręcić ten proces. Można pogubić się w chaosie recept, punktów widzenia, proponowanych strategii i zagranicznych case’ów, których wspólnym mianownikiem jest to, że niekoniecznie mogą sprawdzić się w Polsce. Na pozór wygląda to tak, że ministerstwo mówi jedno, naukowcy drugie, uczelnie i placówki naukowe trzecie, a biznes czwarte. Pewnie można by też znaleźć piąte i szóste. Czyli – każdy patrzy na problem po swojemu, porozumienia brak i nic sensownego z tego nie będzie. Relacja biznesu z nauką jak jest kulawa, tak kulawą pozostanie. Do tego oczywiście dochodzi kwestia pieniędzy, czyli ich braku. A to, delikatnie mówiąc, rozwojowi polskiej nauki nie sprzyja.

Czytaj więcej

Budujemy nowy model współpracy nauka – biznes

Tylko że jak pokazują materiały publikowane dzisiaj w naszym dodatku, wcale niekoniecznie musi tak być. Do tej mnogości strategii i dużej dawki dobrej woli należy dorzucić jeszcze okno możliwości. A ono wygląda całkiem pokaźnie. Zacznijmy od pieniędzy. Minister Marcin Kulasek w opublikowanym obok wywiadzie zapowiada determinację we wsparciu procesów pozyskiwania środków z UE. Trzymamy kciuki, ale to nie wszystko. Jesteśmy przecież świadkami rozpędzania się programów, które będą miały duży wpływ na naszą gospodarkę – chociażby te dotyczące bezpieczeństwa, local content, infrastruktury, o transformacji energetycznej nie wspominając. Grzechem, i to ciężkim, byłby brak wykorzystania tej okazji dla wzmocnienia relacji biznes–nauka. I stąd ta mnogość pomysłów oraz strategii nie musi być niczym złym wobec poziomu rozbudowania programów modernizacyjnych i ich wielowątkowości. One stwarzają możliwość, żeby w zależności od potrzeb można było zastosować różne rozwiązania, ważna jest ich efektywność. Ale przy tym wszystkim należy pamiętać o kilku założeniach natury ogólnej.

Jakich? Na przykład o tym, że biznes i nauka to dwa różne światy. A u nas ciągle górę bierze przekonanie, że naukowcy mają realizować usługi na rzecz biznesu, który przychodzi do nich z górą pieniędzy. Owszem, to nęcące, ale niekoniecznie działa. Nauka, zwłaszcza w poważnych ośrodkach, ma swoje cele do osiągnięcia, swój rytm działania, ani lepszy, ani gorszy od innych. Trzeba wzajemnie się zrozumieć i działać w tym duchu. Nauka też musi zaakceptować to, że biznes ma swoje terminy i parametry finansowe, które powinny iść w górę. Te światy nie muszą się łączyć, ale muszą się szanować i doceniać swoją inność.

Kolejna sprawa ma na imię konsekwencja. Rozwój infrastruktury czy technologii obronnych pochłaniających masę publicznych pieniędzy musi stworzyć cały wachlarz szans, w tym dla nauki, o czym napisałem nieco wyżej. Ale nie może być to sprawa jednorazowa, pojedyncze projekty badawcze obliczone na parę lat, a po ich upływie przeznaczone do zamknięcia. Tutaj trzeba stworzyć model obliczony na dziesięciolecia, na rozwój silnych ośrodków naukowych nastawionych na innowacje. Na tworzenie wartości dodanej i przejęcie przez naszą naukę rozwoju tych procesów czy „tematów”, które dzięki zaangażowaniu państwa i biznesu pojawiły się u nas w ciągu ostatnich dekad. Nie da się? Tylko że nie ma innego wyjścia. To nie jest już kwestia takiego czy innego kaprysu decydentów, ale wręcz polskiej racji stanu. Przyszłości Polski i jej rozwoju. Gdyż jeżeli nie nauka, biznes, innowacyjność – to co?