Gdy 5 listopada 1906 r. Maria Skłodowska-Curie przekroczyła próg sali wykładowej na paryskiej Sorbonie, w powietrzu wisiało niezdrowe, sensacyjne napięcie, a zgromadzeni wymieniali uwagi gorączkowym szeptem. Dziedziniec uniwersytecki i przyległe ulice zostały zablokowane przez tłum, w którym entuzjaści mieszali się z dziennikarzami, politykami i przedstawicielami akademickiego establishmentu. Kobieta za katedrą uczelni, której korzenie sięgały XIII w., była zjawiskiem niemieszczącym się w głowach francuskiej elity.

Siedem miesięcy wcześniej tragiczny wypadek na ulicy Dauphine odebrał życie jej mężowi, Piotrowi Curie. Zgromadzona publiczność spodziewała się łzawego spektaklu. Wyobrażano sobie wdowę, która łamiącym się głosem złoży hołd zmarłemu geniuszowi, wygłosi panegiryk na cześć męskiej nauki, po czym skromnie zniknie w mroku laboratoryjnych korytarzy.

Tymczasem Maria podeszła do tablicy z powagą i chłodem, które sprawiły, że sala natychmiast zamilkła. Spojrzała na audytorium i bez żadnego wstępu rozpoczęła swój wykład od słów: „Gdy się rozważa postępy, jakie uczyniła fizyka w ostatnich dziesięciu latach, uderza zmiana, która zaszła w naszych pojęciach o elektryczności i o materii” – tym zdaniem Piotr zakończył swój ostatni wykład przed śmiercią. Był to cichy akt wypowiedzenia wojny patriarchalnej tradycji. Noblistka pokazała, że nauka nie ma płci, a ona sama nie jest jedynie cieniem zmarłego mistrza, lecz równorzędnym partnerem, kontynuatorem dzieła. Maria Skłodowska-Curie była pierwszą kobietą profesorem w historii Sorbony.

Czytaj więcej

Matka naukowego crowdfundingu

Feminizm czynu

Bunt Skłodowskiej miał głębsze korzenie niż paryskie salony. Zaczął się w XIX-wiecznej Warszawie, gdzie zaborca zamknął przed nią drzwi uniwersytetów i zakuł w okowy dławiącego konserwatyzmu.

W odpowiedzi na systemowe zakazy Maria wstąpiła do podziemnej sieci edukacyjnej, zwanej Uniwersytetem Latającym. Tam w prywatnych mieszkaniach młode Polki zdobywały wiedzę, ryzykując w każdej chwili aresztowaniem i zsyłką na Sybir. Niestety, ten uniwersytet nie wystawiał dyplomu. Aby go zdobyć, trzeba było ruszyć w świat.

Rodzina Skłodowskich nie należała do zamożnych. Maria musiała zostać guwernantką na prowincji, by przez pięć długich lat finansować studia medyczne w Paryżu swojej starszej siostry Bronisławy, która po uzyskaniu dyplomu miała pociągnąć ją za sobą.

Gdy Skłodowska w końcu przekroczyła próg paryskiej Sorbony w 1891 r., trafiła do środowiska niemal całkowicie zdominowanego przez mężczyzn – na Wydziale Nauk Ścisłych kobiety stanowiły od 2 do 3 proc. studentów. Mieszkała na nieogrzewanym poddaszu, mdlała z niedożywienia, lecz nie traciła zapału, który budził zarówno podziw, jak i konsternację. Dla niej to była cena niezależności.

Efekt tej tytanicznej pracy poraził paryski establishment – studia fizyczne ukończyła z pierwszą lokatą, a rok później uzyskała licencjat z matematyki jako druga na roku. Wkrótce w jej życiu pojawił się Piotr Curie, wolny od mizoginii wybitny fizyk o melancholijnym usposobieniu. Ich ślub, tylko cywilny, wywołał szok w mieszczańskich kręgach. Maria nie założyła białej sukni z welonem, lecz skromny, ciemnogranatowy strój laboratoryjny, para zrezygnowała z obrączek, a podróż poślubną odbyli rowerami po francuskiej prowincji. W epoce gorsetów i sztywnych zasad etykiety był to obyczajowy skandal.

Po powrocie małżonkowie rzucili się w wir pracy. Przez cztery lata przerabiali tony rudy uranowej, gotując ją w wielkich żeliwnych kotłach. 25 czerwca 1903 r. Maria Skłodowska-Curie obroniła na Wydziale Nauk Ścisłych Sorbony rozprawę doktorską zatytułowaną „Badania nad ciałami promieniotwórczymi”. Była nie tylko pierwszą kobietą we Francji z doktoratem, ale obroniła go z „najwyższą pochwałą”.

Gdy nadszedł czas na zebranie owoców tej morderczej pracy, okazało się, że francuski establishment naukowy postanowił wymazać Marię z historii. Francuska Akademia Nauk wysłała do Sztokholmu oficjalną nominację do Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, obejmującą wyłącznie Piotra Curie oraz Henriego Becquerela. Maria została pominięta, a jej rola zredukowana do funkcji asystentki męża. Skandal udaremniła zdecydowana postawa Piotra oraz protest szwedzkiego matematyka Gösty Mittaga-Lefflera. Curie kategorycznie oświadczył komitetowi, że nie przyjmie nagrody, jeśli rola jego żony zostanie zmarginalizowana.

Maria Skłodowska-Curie została pierwszą w historii kobietą wyróżnioną Nagrodą Nobla. Zrozumiała wtedy, że w świecie opanowanym przez mężczyzn nawet najgenialniejsza kobieta musi stale dbać o uznanie autorstwa. Od tego czasu w swoich publikacjach z pedantyczną konsekwencją pisała w pierwszej osobie liczby pojedynczej, nie pozostawiając miejsca na nadinterpretacje.

To jest męski świat

Szlachetność pojedynczych męskich sprzymierzeńców nie zmieniała brutalnej rzeczywistości instytucjonalnego szowinizmu. W 1911 r. Maria Skłodowska-Curie zgłosiła swoją kandydaturę do Francuskiej Akademii Nauk. Miała już Nagrodę Nobla i globalną sławę. Jej rywalem był Édouard Branly, odkrywca o znacznie skromniejszym dorobku, ale idealnym profilu – Francuz, mężczyzna i gorliwy katolik, wspierany przez prawicowe i klerykalne środowiska.

Kampania przeciwko Marii przybrała obrzydliwy charakter. Konserwatywna prasa wyciągała jej polskie pochodzenie, posądzała o żydowskie korzenie i bezbożność. Ostatecznie głosami dwóch akademików kandydatura Skłodowskiej-Curie przepadła.

Maria nigdy już nie kandydowała i do końca życia bojkotowała wydawnictwa tej instytucji. Konserwatywna tradycja zabraniająca kobietom wstępu do Akademii okazała się ważniejsza od osiągnięć naukowych.

Zaledwie kilka miesięcy później prasa brukowo-polityczna dostała do rąk kolejne narzędzie. Do publicznej wiadomości wyciekły prywatne listy Marii do Paula Langevina – wybitnego fizyka, dawnego ucznia Piotra Curie.

Większość nagle zapomniała o jej osiągnięciach naukowych. Pod domem Skłodowskiej w Sceaux gromadziły się agresywne manifestacje, rzucano kamieniami w okna, a prasa nazywała ją „cudzoziemską złodziejką mężów”, która niszczy wzorową francuską rodzinę. Ksenofobia połączyła się z najgorszym wydaniem mizoginii.

W tym samym czasie Komitet Noblowski w Sztokholmie podjął decyzję o przyznaniu jej drugiej Nagrody Nobla, tym razem z chemii, za wyizolowanie radu. Przerażeni skandalem szwedzcy akademicy postanowili wysłać do laureatki dyskretny list. Sugerowali w nim, by Skłodowska-Curie nie odbierała nagrody osobiście, dopóki jej imię nie zostanie oczyszczone z zarzutów moralnych.

Odpowiedź, jaką Maria wystosowała do Sztokholmu, przeszła do historii jako jeden z najbardziej dojrzałych głosów w walce o podmiotowość kobiet: „Nagroda została mi przyznana za odkrycie radu i polonu. [...] Nie mogę zaakceptować zasady, że uznanie wartości pracy naukowej ma być uzależnione od uznania moralności życia prywatnego”. Skłodowska-Curie pojechała do Sztokholmu, odebrała drugiego Nobla i zmusiła świat do uznania jej wielkości.

Jej pozycję w świecie naukowym bardzo dobrze pokazuje zdjęcie z 1911 r. ze zorganizowanego przez Ernesta Solvaya kongresu fizyków i chemików. Na zdjęciu bez trudu rozpoznamy Einsteina, Plancka, Rutherforda czy Maurice’a de Broglie’a i tylko jedną kobietę – zatopioną w dyskusji z Poincarém – Marię Skłodowską-Curie.

Podróż wojskową ciężarówką

Kiedy w 1914 roku wojska niemieckie zagrażały Paryżowi, Maria nie uciekła na prowincję. Wiedziała, że tysiące żołnierzy umierają na froncie nie od ran, ale od powikłań oraz braku diagnozy. Zamiast pisać petycje, wzięła sprawy w swoje ręce. Przekonała paryskie salony do oddania prywatnych samochodów, po czym przebudowała je na mobilne stacje radiologiczne, zwane przez żołnierzy „Petites Curies”.

Nauczyła się mechaniki samochodowej, jako jedna z pierwszych kobiet w Europie zdobyła prawo jazdy na samochody ciężarowe i wyruszyła na pierwszą linię walk pod Verdun i nad Marnę.

Pod ostrzałem, w błocie, w pośpiechu organizowała badania diagnostyczne, które uratowały życie i zdrowie tysiącom ludzi. Przeszkoliła ponad sto pięćdziesiąt sanitariuszek, dając nie tylko wiedzę radiologiczną, ale i zawód, który zapewnił im niezależność ekonomiczną w powojennym świecie.

To nie były jej jedyne działania dla społeczeństwa. Maria dwukrotnie zorganizowała w Stanach Zjednoczonych zbiórki pieniędzy, które pozwoliły na zakup radu – wówczas najdroższego pierwiastka na świecie. Pozwolił on na stworzenie w Paryżu i Warszawie Instytutów Radowych badających między innymi możliwość leczenia nowotworów za pomocą promieniotwórczości.

Na sztandarach

Na przełomie XIX i XX w. postać Marii Skłodowskiej-Curie stała się dla środowisk feministycznych i emancypacyjnych bezprecedensowym orężem. Jej sukcesy naukowe stanowiły twardy, empiryczny dowód rozbijający pseudonaukowe teorie o biologicznym czy intelektualnym upośledzeniu kobiet.

Emancypantki i sufrażystki prześcigały się w pochwałach noblistki. „Mówią nam, że kobiety nie mają wkładu w rozwój cywilizacji i nauki. Odpowiadamy im jednym słowem: Curie. Jeśli kobieta może odkryć rad i zmienić oblicze fizyki, to z pewnością ma dość rozumu, by wrzucić kartkę do urny wyborczej” – mówiła w Izbie Gmin Millicent Fawcett w 1912 r. W podobnym tonie wypowiadała się prasa: „Pani Curie zrobiła dla sprawy praw kobiet więcej niż tysiące przemówień i petycji. Pokazała światu, że najwyższe szczyty ludzkiego myślenia nie mają płci” – pisała feministyczna „The Woman Citizen” w 1921 r.

Sama Skłodowska-Curie nigdy nie zapisała się do żadnej organizacji sufrażystek, nie maszerowała w demonstracjach o prawa wyborcze dla kobiet ani nie wygłaszała politycznych przemówień na wiecach. Mimo to stała się jedną z najważniejszych ikon emancypacji i ruchu feministycznego swoich czasów.

Feminizm powstał w krajach zachodnich, gdzie istniały parlamenty, partie polityczne, związki zawodowe. W Polsce nie było miejsca na taki typ feminizmu. Dla Polek głównym wrogiem nie byli mężczyźni i skostniały konserwatywny system, a agresywni zaborcy z ich polityką wynarodowienia. Postawa Skłodowskiej-Curie była formą „feminizmu czynu”, a nie deklaracji politycznych. Maria zmieniła bieg historii, bo powiedziała światu zdominowanemu przez mężczyzn: „Przesuńcie się, Panowie, i niech ktoś mi przytrzyma parasolkę”.

Przy pisaniu tekstu korzystałem m.in. z: Maria Skłodowska-Curie „Autobiografia” oraz „Szkice biograficzne”, Susan Quinn „Życie Marii Curie”, Eve Curie „Maria Curie”