Okna zasłonięto ciężkimi kotarami, zostawiając za nimi zgiełk Paryża wiosny 1905 r. Ciemność w pokoju przy rue de Condé 14 była gęsta jak zupa. Obecnym wydawało się, że z każdą chwilą jeszcze gęstnieje. Na środku salonu, przy prostym, dębowym stole, siedziała Eusapia Palladino – mała, krępa kobieta o gwałtownych ruchach i nieufnym spojrzeniu. Ta niepiśmienna sierota z włoskiej Apulii była wówczas najbardziej rozpoznawalnym medium świata.
Gazety rozpisywały się o niesamowitych zdarzeniach, do których dochodziło podczas jej seansów. W obecności Eusapii stoły trzęsły się i przewracały, meble unosiły się bez niczyjej pomocy, instrumenty same grały, pojawiały się niezwykłe światła i dźwięki. Świadkowie donosili, że Palladino potrafi lewitować. Byli tacy, którzy opowiadali o niewidzialnych dłoniach dotykających ich w ciemności, a nawet duchach szepczących do ucha.
Tym razem podczas sesji nie było egzaltowanych panien, zblazowanych arystokratów ani gapiów szukających emocji. Wokoło stołu tłoczyli się ludzie, którzy w owym czasie kształtowali wiedzę naukową świata. Stół otaczali: Piotr i Maria Curie, prof. Charles Richet, wybitny fizjolog, dalej Henri Bergson – filozoficzne guru Europy oraz Jean Perrin, genialny fizyk, który wkrótce miał udowodnić ziarnistą strukturę materii. Wszyscy byli laureatami Nagrody Nobla, albo mieli nimi zostać wkrótce.
Nagle dębowy blat drgnął. Najpierw uniósł się jeden jego bok, potem drugi. Chwilę później kilkudziesięciokilogramowy mebel zawisł w powietrzu kilkanaście centymetrów nad parkietem. W tym samym czasie sprężynowa waga dynamiczna, umieszczona pod szklanym kloszem, zarejestrowała nacisk o sile kilku kilogramów – tyle że nikt jej nie dotykał.
Dziś w świecie opanowanym przez techniki cyfrowe może wydawać się to śmieszne, a dziewiętnastowieczni spirytyści i ich obserwatorzy jawią się jako naiwni dziwacy, jednak dla ludzi gromadzących się w Institut Général Psychologique (IGP) to nie była zabawa. To był eksperyment. Śmietanka europejskiego racjonalizmu nie szukała w ciemnościach zmarłych przodków. Szukała nowej cząstki albo niewidzialnego promieniowania, które wymykało się dotychczasowej wiedzy.
Czytaj więcej
Historia Marii Skłodowskiej to prawdziwy dramat o cenie, jaką płaci się za marzenia. Zanim świat złożył jej hołd dwoma Noblami, było zimne poddasze...
Na przełomie XIX i XX w. granica między poznanym światem materialnym a tym, co uchodziło za „magiczne”, uległa gwałtownemu przesunięciu. Odkrycie promieni X przez Wilhelma Röntgena, fal elektromagnetycznych przez Heinricha Hertza oraz promieniotwórczości przez Henriego Becquerela i małżonków Curie udowodniło naukowcom, że ludzkie zmysły rejestrują zaledwie wąski wycinek rzeczywistości fizycznej. W środowisku fizyków pojawiło się założenie, że zjawiska parapsychiczne mogą być manifestacją nieznanych dotąd sił fizycznych lub form energii, uwalnianych przez specyficznie dostrojony ludzki układ nerwowy. IGP w Paryżu, założony na początku XX w., stał się centrum badań nad tymi zjawiskami. W latach 1905–1908 instytut ten zorganizował ponad 40 ustrukturyzowanych sesji badawczych z udziałem włoskiego medium Eusapii Palladino.
Świat, który rozpadł się na kawałki
W drugiej połowie XIX w. fizykom wydawało się, że wznoszony gmach nauki jest już niemal ukończony. Świat opisywały przejrzyste, niepodważalne prawa – mechanika Newtona, równania Maxwella, zasady termodynamiki. Wszechświat był wielkim, precyzyjnym zegarem. Materia była twarda, atom był niepodzielny, a to, co niewidzialne, należało do domeny religii lub baśni. Byli pewni, że teoria wszystkiego, opisująca w sposób spójny wszystkie zjawiska fizyczne i pozwalająca przewidzieć wynik dowolnego doświadczenia fizycznego, jest w zasięgu ręki. (Cóż... Stephen Hawking był pewny tego samego niemal 150 lat później i nadal jesteśmy w lesie).
I wtedy Wilhelm Röntgen zademonstrował promienie, które bez trudu przenikały przez ludzkie ciało, odsłaniając kości na fotograficznej kliszy. Rok później Henri Becquerel schował w szufladzie sole uranu obok płytki fotograficznej i odkrył, że materia potrafi świecić własnym, niewyjaśnionym światłem. Wreszcie w malutkiej, dziurawej szopie przy Rue Lhomond Piotr i Maria Curie wyizolowali rad – pierwiastek, który zakwestionował zasadę zachowania energii.
Rad promieniował ciepłem i światłem bezustannie, nie tracąc przy tym zauważalnie swojej masy. Dla fizyków wychowanych na mechanice klasycznej wyglądało to tak, jakby rad był samonapędzającym się źródłem energii z niczego. „Magia” zaczęła kruszyć mury twardego racjonalizmu. Skoro martwa skała potrafiła emitować potężną, niewidzialną dla ludzkiego oka energię, dlaczego najbardziej skomplikowana struktura we wszechświecie – ludzki mózg – nie miałaby robić tego samego? W umysłach ówczesnych elit naukowych zrodziła się hipoteza o porażającej logice: to, co ludzie nazywali dotąd „duchami”, to w rzeczywistości nieznana jeszcze forma oddziaływania fizycznego. Przekonanie, że mediumizm jest po prostu nieodkrytym zakresem widma elektromagnetycznego lub nową formą energii organicznej, stało się jednym z wyzwań epoki.
Hipoteza nieznanej energii
Paryska elita naukowa nie uwierzyła na słowo niepiśmiennej wieśniaczce. Nie interesowały ich pogaduszki z duchami zmarłych i zdecydowanie odrzucali spadek po religijnym spirytualizmie. Podczas gdy prosty lud doszukiwał się źródła zjawiska w kontakcie z duszą zmarłego, oni szukali go w układzie nerwowym medium; gdy mówił o cudzie, oni wspominali o falach, promieniowaniu i zjawiskach fizycznych. Gdy przychodziło do użycia narzędzi sprzyjających kontaktowi i w pomieszczeniu pojawiały się świece, woda święcona, a na ustach modlitwa, naukowcy wyciągali wagi, galwanometry, aparaty fotograficzne i czujniki nacisku.
Dla prof. Richeta zjawiska te stały się zalążkiem nowej dziedziny wiedzy – metapsychiki. To on stworzył pojęcie „ektoplazmy”. Nie rozumiał przez nią jednak metafizycznej mgiełki, lecz nieznaną tkankę biologiczną, wydzielaną na krótko przez układ nerwowy medium pod wpływem ekstremalnego natężenia psychicznego.
Z kolei Bergson patrzył na seanse jak na triumf swojej koncepcji élan vital – pędu życiowego. Uważał, że ludzka świadomość nie jest więźniem czaszki. Skoro impuls elektryczny płynie wzdłuż naszych nerwów, pozwalając nam poruszać palcami, to w skrajnych przypadkach pole to może wykraczać poza granice skóry i wywoływać skurcz materii na zewnątrz ciała – dokładnie tak, jak magnes porusza opiłkami żelaza bez fizycznego dotyku.
Piotr Curie rok wcześniej w podobnym tonie zwierzał się Lordowi Kelvinowi, pisząc o konieczności formułowania zupełnie nowych hipotez dotyczących właściwości materii związanej z biologią człowieka. W interpretacji Piotra to nie dusze zmarłych pukały w blat stołu. To skrajnie natężony stan psychofizyczny medium powodował emitowanie impulsów energii organicznej. Tak jak atom radu emituje cząstki alfa, beta i promienie gamma, tak stymulowany mózg medium może emitować formę energii zdolną do oddziaływania na odległość.
Maria Skłodowska-Curie była bardziej powściągliwa w wyciąganiu dalekosiężnych wniosków – towarzyszyła mężowi w tych badaniach, z ołówkiem w ręku protokołując wskazania przyrządów.
Biologia, filozofia, fizyka i ektoplazma
Do badania tego fenomenu paryscy naukowcy podeszli ze skrupulatnością, która dziś budzi podziw. „Przyrządy nie kłamią” – twierdził Piotr Curie, który zaprojektował i sprowadził do IGP specjalistyczną aparaturę. Stoły, na których pracowała Palladino, stały na czujnikach nacisku. Pokój najeżono manometrami, wskaźnikami pola elektrostatycznego oraz rejestratorami graficznymi, w których igły kreśliły linie na bębnach pokrytych sadzą. Aby wykluczyć sztuczki, stosowano aparaty fotograficzne z błyskową magnezją, które można było uruchomić w dowolnym momencie seansu.
Jednak najważniejszy był rygor kontroli osobistej. Palladino była stale otoczona przez fizyków. Pod stołem nie miało prawa znaleźć się nic prócz jej stóp, które Piotr Curie lub Charles Richet osobiście kontrolowali.
Medium umieszczano przed kabiną seansową. Była to przestrzeń odizolowana czarną zasłoną, wewnątrz której umieszczano rozmaite rekwizyty i aparaturę – wszystko poza zasięgiem Palladino. Naukowcy nie potrafili tego wyjaśnić, ale przy zachowaniu pełnej kontroli i braku jakiegokolwiek fizycznego kontaktu przedmioty w kabinie poruszały się. Ciężkie stoły unosiły się w powietrzu, przyrządy pomiarowe rejestrowały wahania ciśnienia i nacisku mechanicznego, a w powietrzu pojawiały się błękitne, kuliste błyski. Sama Palladino podczas tych zjawisk znajdowała się w stanie głębokiego transu, a jej tętno skakało do niebezpiecznych wartości, co skrupulatnie notował prof. Richet.
List tuż przed tragedią
30 kwietnia 1906 r. Piotr Curie napisał list do przyjaciela, fizyka Georgesa Sagnaca. Były to jedne z ostatnich słów, jakie skreślił w życiu: „Mieliśmy w IGP kilkanaście seansów z Eusapią Palladino. To było niezmiernie ciekawe. Zjawiska, które widzieliśmy, wydawały się naprawdę niewyjaśnione: lewitacje stołu, ruchy przedmiotów na odległość, dotknięcia rąk, które nas głaskały lub ściskały, zjawiska świetlne. Wszystko w warunkach kontroli przygotowanych przez nas, bardzo surowych. Nie uważam tego za oszustwo; nie sposób przypuścić, by była to sprytna sztuczka. Jest tu do odkrycia cały zestaw nowych faktów i sił fizycznych”.
Piotr Curie nie zdążył pójść tym tropem. Dwa tygodnie później na zalanej deszczem Rue Dauphine w Paryżu 47-letni uczony poślizgnął się i wpadł pod koła ciężkiego wozu konnego.
Po tragicznej śmierci męża Skłodowska-Curie uciekła w tytaniczną pracę. Jako pierwsza kobieta w historii przejęła katedrę Piotra na Sorbonie, zdobyła drugiego Nobla i zbudowała Instytut Radu. Do końca życia w zapiskach traktowała seanse z Palladino jako dowód na to, że ludzka nauka dysponuje jeszcze zbyt prymitywnymi narzędziami, by zarejestrować subtelne natężenia organicznych pól energii.
Słynąca z żelaznej dyscypliny badawczej Polka rozumiała, że odrzucenie powtarzalnych faktów tylko dlatego, że wykraczają poza obowiązujący paradygmat, jest największym grzechem, jaki może popełnić naukowiec. Piotr i Maria Curie, Bergson i Richet pokazali, że prawdziwy racjonalizm nie polega na odrzucaniu tego, co nieznane i trudne do wyjaśnienia, ale na odwadze do wejścia w miejsca sekretne, aby sprawdzić, co w nich promieniuje.