Nauka i biznes często patrzą na ten sam projekt z zupełnie różnych stron. Firma chce wiedzieć, ile on będzie kosztować, kiedy będzie gotowy, czy da się sprzedać albo wdrożyć i czy przyniesie efekt. Naukowiec zacznie od pytania, czy pomysł w ogóle działa, czy da się go potwierdzić w badaniach i czy wynik będzie powtarzalny. Przedsiębiorcę interesuje termin i opłacalność. Badacz musi najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy założenie jest prawdziwe.
– W relacji badaczy z biznesem często brakuje wzajemnego zrozumienia – potwierdza Marta Cudziło, zastępca dyrektora Centrum Nowoczesnej Mobilności, kierownik Grupy Badawczej Logistyki Łukasiewicz – Poznański Instytut Technologiczny. Jej zdaniem to oczywiste, że firmy nastawione są na zysk i dążą do skracania czasu opracowywania nowych rozwiązań, skupiając się na ich szybkim i efektywnym wdrażaniu. – Zespoły badawcze patrzą na nowe rozwiązania szerzej, dbając o to, aby każdy element został opracowany precyzyjnie i zweryfikowany wieloaspektowo, a to wymaga czasu – zauważa Cudziło. I dodaje: – Tym niemniej oba podejścia da się pogodzić.
Sama deklaracja współpracy jednak niewiele zmienia, jeśli obie strony nie wiedzą, czego mogą od siebie oczekiwać. Uczelnia nie zastąpi firmie działu rozwoju produktu, a firma nie będzie prowadzić badań tak, jak robi się to na akademii. Do porozumienia dochodzi wtedy, gdy przedsiębiorca potrafi jasno nazwać swój problem, a naukowcy potrafią sprawdzić, czy da się go rozwiązać metodami badawczymi. Dopiero później można myśleć o tym, czy wynik prac ma szansę stać się technologią, usługą albo produktem.
Czytaj więcej
Jeżeli już szukać przestrzeni dla spektakularnych sukcesów w relacji nauka–biznes, to dajmy szansę polskiej nauce w wymiarze bezpieczeństwa – mówi...
Marta Cudziło zwraca uwagę na kwestię zaufania. – Jeśli podmioty biznesowe będą widzieć w badaczach jedynie teoretyków, którzy nie wiedzą, co znaczy prawdziwy rynek, to taka współpraca z góry będzie skazana na porażkę – mówi. Pracownicy instytutów badawczych, takich jak Łukasiewicz–PIT, prowadzą również badania rynkowe, analizują oferty dostawców technologii, obserwują realizowane wdrożenia, a także śledzą trendy rynkowe czy wymagania regulatorów. – Dzięki temu projektowane rozwiązania są dopasowane do potrzeb przedsiębiorstw, a także adresują aktualne wymagania regulacyjne i posiadają cechy innowacyjności. Na początku takiej współpracy warto sobie wzajemnie zaufać, a finalnie doprowadzi to do uspójnienia celów i partnerskiego działania – tłumaczy dyrektor Cudziło.
To ostatnie ma również istotne znaczenie – zespół badaczy jest po to, aby pomagać firmom realizować cele biznesowe, a nie po to, aby robić „sztukę dla sztuki”. – Jednym z głównych priorytetów prac badawczych jest dzisiaj wypracowywanie rozwiązań o możliwie najwyższym stopniu praktycznej użyteczności, często w wymiarze globalnym, które pomogą usprawnić gospodarkę, przedsiębiorstwom usprawnić operacje czy opracować nowe, udoskonalone produkty lub usługi – wymienia.
Dobra współpraca potrzebuje więc zaufania, ale też czytelnych zasad, gotowości do ryzyka, a nade wszystko ludzi, którzy potrafią tłumaczyć język nauki na język biznesu.
Od badań do rynku
Polska ma dobre uczelnie, zdolnych naukowców i firmy, które coraz częściej szukają nowych technologii. Wciąż jednak za mało pieniędzy przeznaczamy na badania i rozwój. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2024 r. nakłady na działalność badawczo-rozwojową wyniosły 51,5 mld zł i były o 3,1 proc. niższe niż rok wcześniej. Spadł też udział tych wydatków w PKB: z 1,56 proc. w 2023 r. do 1,41 proc. w 2024 r.
Liczby pokazują, że Polska ma z czego budować nowoczesną gospodarkę, ale tego potencjału w pełni nie wykorzystuje. Zbyt często dobre pomysły pozostają na etapie badań, patentów albo prototypów. Naukowcy mają ciekawe rozwiązanie, ale nie mają ludzi od biznesu, sprzedaży i wdrożeń. Firma ma konkretny problem technologiczny, ale nie wie, do kogo na uczelni lub w instytucie się zgłosić.
Przykładem uczelni, która rozwija kilka sposobów przenoszenia wyników badań do gospodarki, jest Uniwersytet Warszawski. Działa tam spółka celowa UWRC, Centrum Transferu Technologii i Wiedzy oraz Inkubator UW. Jak podawał rektor Alojzy Nowak, do końca 2024 r. powstały na niej 33 spółki spin-off. Tego samego roku UW zgłosił 20 wynalazków do Urzędu Patentowego RP i 30 w procedurze międzynarodowej. Zagraniczne urzędy patentowe przyznały w tym czasie 97 patentów wynalazkom z Uniwersytetu Warszawskiego.
Wśród spółek spin-off UW jest ExploRNA Therapeutics, rozwijająca technologie mRNA. Naukowcy z UW, wspólnie z badaczami z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i zespołem ExploRNA, opracowali nową modyfikację mRNA. W przyszłości może ona pomóc w rozwijaniu terapii celowanych, leczeniu chorób rzadkich i tworzeniu szczepionek przeciwnowotworowych.
Polska ma z czego budować nowoczesną gospodarkę, ale tego potencjału nie wykorzystuje
Ten przykład pokazuje, jak długa bywa droga od odkrycia naukowego do gotowego produktu. W biotechnologii mogą to być lata pracy. Zanim rozwiązanie znajdzie praktyczne zastosowanie, potrzebne są kolejne badania, testy, finansowanie, zgody regulacyjne, ochrona własności intelektualnej i partnerzy przemysłowi. Firma może oczekiwać konkretnego efektu, ale nauka musi najpierw sprawdzić bezpieczeństwo, skuteczność i powtarzalność wyników. Bez tego wdrożenie byłoby zbyt ryzykowne.
O różnicy między wynikiem badań a produktem gotowym do wdrożenia prof. Alojzy Nowak mówił podczas kongresu „Nauka dla Biznesu. Partnerstwo Działanie Postęp”. Przywołał rozmowę z przedstawicielem globalnej firmy farmaceutycznej: – My mamy publikacje i patenty, i z tego się cieszymy, ale on pytał o produkt, o działający startup, spin-off, który można kupić i wdrożyć – wspominał rektor UW. Dla świata nauki publikacja i patent są ważnym osiągnięciem. Dla przedsiębiorcy często są dopiero początkiem pytania: co z tego można zrobić, kto za to zapłaci, kto kupi technologię, kiedy będzie działać w konkretnych warunkach i kto poniesie odpowiedzialność, jeśli się nie uda.
Przy bardziej złożonych technologiach sama rozmowa między firmą a uczelnią często nie wystarcza. Potrzebne są instytucje, które potrafią połączyć potrzeby przedsiębiorców z możliwościami naukowców. Taką rolę pełnią centra transferu technologii, spółki celowe uczelni, instytuty badawcze, programy publiczne i organizacje wyspecjalizowane w obsłudze projektów badawczo-rozwojowych. Tu jest miejsce dla pośredników, którzy potrafią przetłumaczyć problem firmy na język projektu badawczego.
Czytaj więcej
O tym, jaką rolę sztuczna inteligencja odgrywa w badaniach naukowych, gdzie jest wykorzystywana i jakie rodzi dylematy etyczne, dyskutowali przedst...
Pieniądze i ryzyko
Jednym z najtrudniejszych, a często pomijanych tematów współpracy nauki i biznesu są pieniądze. Kto finansuje prace? Kto bierze na siebie ryzyko? Jak zostaną podzielone przychody, jeśli rozwiązanie się uda? Co się stanie, jeśli projekt nie przyniesie oczekiwanego efektu?
Marta Cudziło zwraca uwagę, że wzajemne zrozumienie stron jest potrzebne także w wymiarze finansowym. Instytuty badawcze działają rynkowo i są w stanie wspierać biznes, ale nie mogą finansować wszystkich kosztów opracowywania innowacyjnych rozwiązań. Potrzebna jest partnerska współpraca, czyli współdzielenie ryzyk przez wspólne partycypowanie w kosztach oraz współdzielenie sukcesów przez ustalenie zasad podziału przychodów. Brzmi to może technicznie, ale w praktyce jest jednym z warunków zaufania. Jeśli firma oczekuje rynkowego podejścia do użyteczności wyników, musi zaakceptować, że dotyczy ono również finansów. Z kolei instytucja naukowa musi jasno powiedzieć, jakie są koszty, czego można się spodziewać i gdzie kończy się etap badań, a zaczyna etap wdrożenia.
Publiczne finansowanie projektów B+R może pomóc w uruchamianiu innowacji, ale nie powinno osłabiać myślenia o praktycznym sensie badań. Jak podkreśla Marta Cudziło, środki publiczne nie mogą prowadzić do podejścia: „Jak się uda, to fajnie, a jak nie, to trudno”. Dlatego tak ważne są pilotaże i testowanie rozwiązań w realnych warunkach. Dopiero wtedy można sprawdzić, czy technologia, metoda albo proces rzeczywiście mają sens poza raportem i prezentacją.
Różne definicje sukcesu
Jedną z największych różnic między nauką a biznesem jest tempo pracy. Firma musi reagować szybko, bo działa pod presją rynku, kosztów, konkurencji i regulacji. Uczelnia pracuje inaczej, bo badania wymagają czasu. Potrzebne są procedury, finansowanie, testy, recenzje i ostrożność w formułowaniu wniosków. Tej różnicy nie da się całkowicie usunąć, ale można ją ograniczyć.
Dobry projekt bywa dzielony na etapy. Najpierw trzeba sprawdzić problem, przetestować pomysł, ocenić wyniki, zrobić pilotaż. I dopiero wtedy rozmawiać o wdrożeniu. Dla firmy liczy się rozwiązanie, które można wykorzystać – czy to produkt, czy usługa, proces, oszczędności czy przewaga technologiczna. Dla naukowca ważne są publikacje, cytowania, granty, udział w międzynarodowych projektach i akademicki awans. Jeśli uczelnia nie premiuje wdrożeń, wielu naukowców traktuje komercjalizację jako dodatkową pracę, a nie część swojej kariery. Jeśli firma nie widzi w projekcie korzyści, może uznać uczelnię za partnera zbyt wolnego i zbyt formalnego. Dlatego tak ważne są zasady, jak dzielone są korzyści z wynalazku, czy wdrożenia liczą się w ocenie naukowca, jak szybko można podpisać umowę licencyjną, kiedy warto tworzyć spółkę spin-off i w jaki sposób firmy mogą zgłaszać problemy wymagające badań.
Nauka nie stanie się zapleczem usługowym biznesu, bo gospodarka potrzebuje również badań podstawowych, których znaczenie widać dopiero po latach. Chodzi raczej o to, by wyniki badań mające szansę na zastosowanie nie zostawały na uczelni, tylko mogły przejść dalszą drogę: do firmy, produktu, technologii albo usługi. Uniwersytet Warszawski pokazuje, że wyniki badań mogą prowadzić do tworzenia spółek spin-off, również w tak wymagających dziedzinach jak technologie mRNA.
Uczelnie techniczne są bliżej przemysłu, bo wiele ich badań dotyczy konkretnych zastosowań. Instytuty badawcze i centra transferu technologii pomagają natomiast przełożyć problem firmy na projekt badawczo-rozwojowy. Współpraca nie może opierać się na znajomościach, pojedynczych grantach ani pracy kilku wyjątkowo zdeterminowanych osób. Potrzebne są sprawne instytucje, ludzie znający oba środowiska, dobre umowy, procedury i doświadczenie w prowadzeniu projektów, w których ryzyko ponoszą obie strony.
Biznes i nauka nie muszą mówić tym samym językiem, ale dobrze, aby umiały swoje języki tłumaczyć. Firma musi rozumieć, że nie każda technologia dojrzewa w rytmie kwartalnych wyników. Nauka z kolei musi rozumieć, że bez wdrożenia część wyników badań nie zmieni gospodarki ani życia społecznego. Jeśli obie strony to zaakceptują, publikacja, patent, prototyp, pilotaż i wdrożenie mogą stać się kolejnymi etapami tej samej drogi. Nie będą to już osobne światy, które patrzą na siebie z nieufnością, lecz wspólny proces prowadzący do takich rozwiązań, które faktycznie są potrzebne gospodarce.