Mgła nad Rysami była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, a zimny wiatr od strony Czarnego Stawu niósł zapach nadciągającej nawałnicy. Podczas gdy zakopiańskie kuracjuszki, narzekając na chłód, sączyły wodę mineralną w sanatorium przy ulicy Kościeliskiej, na podszczytowej grani pojawiła się postać w przesiąkniętej deszczem spódnicy i ciężkich, podkutych butach.

Szła pewnie, wymijając skalne załomy z wprawą, jakiej mogliby jej pozazdrościć wytrawni przewodnicy górscy. Za nią, dysząc ciężko, podążał wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Postać z przodu zatrzymała się na wąskim występie nad przepaścią, odgarnęła z twarzy kosmyk mokrych włosów i spojrzała w dół, gdzie chmury na sekundę odsłoniły mroczną taflę Czarnego Stawu. To nie był przewodnik. To była przyszła dwukrotna noblistka – Maria Skłodowska-Curie.

W 1899 r. Maria wraz z mężem Piotrem Curie przyjechała do Polski na zjazd rodziny Skłodowskich. Piotr, rodowity paryżanin, wychowany na łagodnych wzgórzach Francji, stanął w obliczu surowego piękna Tatr. Maria z dumą i bezwzględnością wytrawnego taternika powiodła męża na szlak. Piotr był pod ogromnym wrażeniem potęgi polskich gór, ale przede wszystkim – kondycji i odwagi żony, która na ostrej grani poruszała się z gracją kozicy.

Wbrew konwenansom

Na przełomie wieków wyjście kobiety w wyższe partie Tatr wymagało nie tylko hartu ducha, ale przede wszystkim przełamania silnych barier kulturowych. Ówczesna etykieta oraz normy społeczne narzucały kobietom strój całkowicie niedostosowany do wymogów turystyki wysokogórskiej. Kanon epoki wymagał noszenia usztywnianych gorsetów, długich, sięgających ziemi halek oraz spódnic wierzchnich z tkanin, które pod wpływem deszczu czy rosy stawały się ciężkie i krępowały każdy krok.

W ówczesnym Zakopanem etos ganił kobiecy wysiłek fizyczny. Damy miały pachnieć pudrem, ubierać się modnie i chronić cerę przed słońcem za pomocą parasolki. Wyjście dalej niż do Doliny Strążyskiej było źle postrzegane, a wspinaczka w wyższe partie Tatr uchodziła za obyczajowy skandal.

Dla Marii Skłodowskiej te konwenanse nie istniały. Gdy pojawiała się na Podhalu, bezkompromisowo odrzucała wielkomiejski dryl. Zamiast sztywnych sukien wkładała spódnicę skróconą do połowy łydki, pozbywając się zbędnych warstw odzieży – co na zakopiańskim deptaku wywoływało pomruki oburzenia, a w trudniejszych partiach gór zakładała po prostu obszerne męskie spodnie. W dobie, gdy odsłonięcie kostki uważano za brak skromności, jej postawa była szczytem ekstrawagancji i czytelnym aktem emancypacji, choć podyktowanym koniecznością bezpiecznego poruszania się po skałach.

Czytaj więcej

Architekci mikroświata

Trudy ówczesnego taternictwa potęgował brak nowoczesnego sprzętu. Używano ciężkiego, podkutego ćwiekami obuwia, które miało zapewniać przyczepność na mokrej skale i w płatach zmarzniętego śniegu, lin konopnych, które były ciężkie, szorstkie oraz nie zapewniały amortyzacji, oraz drewnianych kijów zakończonych żelaznym grotem. W takich warunkach każde podejście przez piargi czy stromą turnię wymagało niesamowitej siły nóg, doskonałego zmysłu równowagi i niebywałej wytrzymałości fizycznej.

Intelektualny przyczółek w sercu zaborów

U schyłku XIX wieku Zakopane przeszło gwałtowną metamorfozę z małej, odizolowanej wsi pasterskiej w modne uzdrowisko i narodowe centrum kultury polskiej. Stało się miejscem, gdzie nie tylko leczyło się płuca, ale przede wszystkim dyskutowało o niepodległości, sztuce i nowoczesnej nauce.

Kluczową rolę odegrało tu wykupienie dóbr zakopiańskich przez hrabiego Władysława Zamoyskiego (1889 r.), rozwój lecznictwa gruźlicy (dr Tytus Chałubiński) oraz stworzenie stylu zakopiańskiego przez Stanisława Witkiewicza, który przełożył tradycyjne budownictwo i rzemiosło góralskie na język nowoczesnej architektury, pragnąc stworzyć polski styl narodowy.

W tym fascynującym tyglu jedną z kluczowych ról odegrało Sanatorium dla „Chorych Piersiowych Bronisławy i Kazimierza Dłuskich” w Kościelisku, wzniesione z zamysłem stworzenia nowoczesnego ośrodka leczniczego przez lekarza dr. Kazimierza Dłuskiego oraz jego żonę, Helenę z domu Skłodowską, starszą siostrę Marii.

Po drodze z Zakopanego do Kościeliska, gdy miniemy już Polanę Szymoszkową, możemy wypatrzeć nieco osłonięte lasem zabudowania na planie łuku, z fasadą zwróconą ku tatrzańskim szczytom. Budynek został zbudowany z cegły, a jego pierwotny wystrój ociekał secesyjną i młodopolską stylistyką wymieszaną z góralszczyzną.

Sanatorium nie było jedynie miejscem rehabilitacji, pełniło również funkcję ośrodka myśli i ogniska kultury. W jego salonach nocami dyskutowano o najnowszych odkryciach naukowych, polityce, literaturze i sztuce, by o świcie wyruszyć na nieprzetarte tatrzańskie szlaki. To właśnie ten okazały gmach w Kościelisku stał się bazą wypadową Marii podczas jej wizyt w kraju.

Równowaga na grani

Maria przyjeżdżała pod Giewont, by leczyć zmęczenie fizyczne i psychiczne – podstępne konsekwencje wielogodzinnej pracy z substancjami promieniotwórczymi oraz napięcia towarzyszącego paryskiemu życiu naukowemu. W listach do rodziny i przyjaciół wielokrotnie podkreślała, że nic jej nie przywraca równowagi tak szybko, jak wielogodzinne, wyczerpujące marsze pośród podhalańskich regli i skał wyższych partii Tatr.

Wyprawy te w niczym nie przypominały dzisiejszych spacerów wytyczonymi i zabezpieczonymi łańcuchami szlakami, ze schroniskami co parę kroków i ratownikami na telefon. Góry były odludne. W wielu miejscach ścieżki nie istniały, podobnie kolorowe znaki na drzewach czy kamieniach, a turysta musiał polegać wyłącznie na własnej intuicji oraz doświadczeniu towarzyszącego mu przewodnika tatrzańskiego. Nie byłoby jednak górskich wypraw Marii bez dr. Kazimierza Dłuskiego. Mąż jej starszej siostry Heleny był postacią wyjątkową – rewolucjonistą, lewicowym działaczem politycznym, patriotą, lekarzem i społecznikiem o niewyczerpanej energii. To Dłuski był jednym z założycieli Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Muzeum Tatrzańskiego im. Tytusa Chałubińskiego i człowiekiem, który widział w swojej szwagierce nie tylko genialnego fizyka, ale przede wszystkim wytrawnego towarzysza górskich wypraw.

W Tatrach Maria znajdowała rzadki w jej życiu stan umysłowego resetu. Wśród ciszy granitowych ścian, w ostrym rozrzedzonym powietrzu, jej płonący umysł – na co dzień obciążony hipotezami, obliczeniami i troską o środki na dalsze badania – odnajdywał spokój. Górskie zmęczenie miało charakter oczyszczający; był to wysiłek czysto fizyczny, wyrównujący bilans po miesiącach spędzonych nad probówkami.

Tatrzańskie dokonania Marii Skłodowskiej-Curie bywają przesadzone, jednak weryfikacja historyczna oparta na listach rodziny Skłodowskich, pamiętnikach Kazimierza Dłuskiego oraz XIX-wiecznych księgach wypraw przewodnickich pokazuje, że jej osiągnięcia w dziedzinie turystyki wysokogórskiej były jak na owe czasy całkiem wybitne.

Przykłady? Maria wraz z Piotrem Curie i Kazimierzem Dłuskim przeszła trudną trasę znad Morskiego Oka przez przełęcz Wrota Chałubińskiego do Doliny Pięciu Stawów Polskich. W tamtych czasach pokonanie tego odcinka bez stałej asekuracji uchodziło za znaczne osiągnięcie taternicze. Kilkakrotnie zdobywała Rysy oraz pokonywała przełęcz Zawrat, zdobywała Kasprowy Wierch, Świnicę, ruszała w Tatry Wysokie – szlaki te nie posiadały żadnych ułatwień technicznych. Skłodowska-Curie uczyniła z taternictwa element wychowania swoich córek, Ireny i Ewy, które zabierała na wymagające szlaki, ucząc je samodzielności i odporności na trudne warunki.

Dla Marii Skłodowskiej-Curie góry nie były areną sportowego wyczynu. Miały dla niej wymiar niemal mistyczny. Jej górskie wyprawy budziły w sercach przeciętnych mieszczuchów grozę. Dla nich Maria stała się wzorem nowej kobiety: pełnej wdzięku, niebywale inteligentnej, a jednocześnie zdolnej do podjęcia najtrudniejszego wyzwania fizycznego bez zasłaniania się rzekomą „słabością płci”.