I wojna światowa była największym konfliktem zbrojnym w Europie od czasu wojen napoleońskich. Wrogie armie okopywały się naprzeciw siebie, tworząc setki kilometrów linii umocnień oddzielonych „ziemią niczyją”. Żołnierze miesiącami tkwili w nich pod ciągłym ostrzałem artyleryjskim i karabinowym, a ich nogi gniły w krwawym błocie wypełniającym dno umocnień.
Zamiast szybkich manewrów w celu zdobycia przewagi, prowadzono walkę na wykrwawienie przeciwnika, zniszczenie jego potencjału ludzkiego i gospodarczego. Był to krwawy konflikt na wyniszczenie, w którym użyto nowoczesnego przemysłu do masowej eksterminacji – po raz pierwszy na taką skalę zastosowano nowoczesną technikę: karabiny maszynowe, czołgi, samoloty oraz gazy bojowe.
Naukowczyni w okopach
W chwili wybuchu wojny Maria Skłodowska-Curie miała 47 lat, była wdową i dwukrotną laureatką Nagrody Nobla. Środowisko naukowe Francji wielbiło Polkę i jej prace. Na przeciwnym biegunie stały paryskie brukowce, które poszukiwały sensacji, dopatrując się w jej drugim imieniu, Salomea, żydowskiego pochodzenia i piętnując ją za romans z młodszym od niej żonatym fizykiem Paulem Langevinem.
We Francji wiało grozą. Niemieckie dywizje maszerowały na Paryż przez terytorium neutralnej Belgii. Prowadzona była mobilizacja, a zdesperowany rząd apelował do obywateli o ofiary na wsparcie wojska. Pobór doprowadził do zawieszenia prac prowadzonego przez badaczkę Instytutu Radowego w Paryżu – wszyscy pracownicy poszli na front.
Skłodowska-Curie również postanowiła wesprzeć wysiłek wojenny Francji. Przekazała na obronność oba złote medale noblowskie i inne odznaczenia wykonane z cennego kruszcu. „Uważam, że powinnam poświęcić wszystko dla ratowania mojej przybranej ojczyzny, zwłaszcza, że nie mogę tu nic uczynić dla mojego nieszczęśliwego kraju” – pisała w liście pod koniec 1914 r. Bank Francji nie przyjął jednak daru.
Czytaj więcej
Droga Marii Skłodowskiej-Curie do pierwszej Nagrody Nobla nie była usłana różami. Badaczka i jej mąż Piotr nie mieli do dyspozycji zaawansowanych u...
Skłodowska-Curie mogła zamknąć się w bezpiecznym gabinecie. Zamiast tego wybrała ryk artylerii i błotniste okopy – oczywiście nie jako żołnierka. Weszła w dobrze jej znaną rolę naukowca, tyle że na polu bitwy.
Rentgen na kołach
Noblistka wystąpiła ze śmiałym pomysłem zbudowania mobilnych gabinetów rentgenowskich, które miały wspierać lekarzy na zapleczu frontu. Chodziło o to, by chirurg dokładnie wiedział, gdzie w ciele żołnierza znajduje się odłamek lub kula i mógł przeprowadzić precyzyjną, szybką operację. Koncepcję poparły władze francuskiego Czerwonego Krzyża, ale stanowczo zaprotestowało wojsko. Generałom nie mieściło się w głowie, by kobieta, cywil, a w dodatku cudzoziemka, plątała się po polu walki. Na szczęście udało się przekonać generała Joffre, który wyraził zgodę. Skłodowska-Curie otrzymała pełnomocnictwa do budowy ruchomych gabinetów rentgenowskich i tytuł dyrektorki techniki radiologicznej.
Służba chirurgów polowych przypominała wtedy pracę na taśmie produkcyjnej w warunkach permanentnego kryzysu. Skala obrażeń wywołana przez nowoczesną artylerię i broń maszynową całkowicie zaskoczyła ówczesne służby medyczne, zmuszając lekarzy do operowania w ekstremalnym stresie i wycieńczeniu fizycznym. Wprawdzie medycyna miała już za sobą rewolucję anestezjologiczną z XIX w., ale warunki polowe i masowy napływ rannych sprawiały, że narkoza była ryzykowna. W tej sytuacji tempo i precyzja były niezwykle ważne.
Badaczka zaczynała od zera. Z powodu wybuchu wojny i exodusu ludności z Paryża wiele uniwersyteckich laboratoriów, prywatnych gabinetów lekarskich i manufaktur produkujących sprzęt medyczny zostało opuszczonych. Skłodowska-Curie dosłownie „ogołociła” te miejsca, rekwirując lub przyjmując w formie darowizn kompletne oprzyrządowanie radiologiczne. Następnie zwróciła się do zamożnych francuskich darczyńców o sfinansowanie zakupu samochodów. Tak powstała armia około 20 mobilnych stacji, które żołnierze i medycy zaczęli nazywać „Petites Curie” (Małe Curie).
Historycy I wojny światowej szacują, że dzięki mobilnym rentgenom wykonano 1,2 mln badań rannych żołnierzy
Pojazdy te były technicznym majstersztykiem tamtej epoki. Podwozia lekkich, ale wytrzymałych ciężarówek zabudowano tak, by mieściły zarówno aparat rentgenowski, jak i ciemnię fotograficzną. Problem zasilania urządzeń rozwiązać miała konstruowana przez Skłodowską-Curie specjalna prądnica napędzana silnikiem samochodu. Dzięki temu energia potrzebna do wykonania prześwietlenia była generowana bezpośrednio na postoju. Ambulans mógł dotrzeć do odległych miejsc, lawirując po wąskich, zniszczonych drogach. Skłodowska-Curie ukończyła kurs dla kierowców ciężarówek i często osobiście siadała za kółkiem. Biografowie szacują, że czasie wojny odbyła 45 podróży na front w sprawach związanych z działalnością gabinetów rentgenowskich.
Magia pod ostrzałem
Praca z „małymi Curie” była nie tylko wyczerpująca fizycznie, ale również śmiertelnie niebezpieczna. Maria wraz ze swoją 17-letnią córką Ireną oraz grupą przeszkolonych techniczek zjeździła niemal cały front zachodni. Pracowały w strefie bezpośredniego ostrzału, zwykle w spartańskich warunkach.
Samo wykonanie prześwietlenia w polowych realiach wymagało ogromnej precyzji i improwizacji. Po przybyciu ambulansu na miejsce zespół rozstawiał namiot i przygotowywał sprzęt. Zdjęcia wykonywano na szklanych płytach, które następnie trzeba było wywołać w zaciemnionym wnętrzu auta. Wykonanie zdjęcia również było sztuką. Lampa była skrajnie niestabilna i w trakcie naświetlania traciła właściwości. Czasem robiła się „twarda” i wymagała wyższego napięcia do działania, innym razem była „miękka” i generowała promienie o zbyt małej energii, które nie potrafiły przebić się przez ludzkie ciało. Skłodowska-Curie i jej asystentki musiały rozumieć te niuanse fizyczne, by poprzez regulację prądu i podgrzewanie lub chłodzenie lampy uzyskać czytelny obraz, pozwalający chirurgowi uratować życie żołnierza.
Szacuje się, że dzięki mobilnym rentgenom wykonano 1,2 miliona badań rannych żołnierzy. W zestawieniu z sześcioma milionami Francuzów i Belgów rannych lub zabitych na frontach jest to liczba wręcz niewiarygodna.
Podczas pracy z aparaturą rentgenowską Skłodowska-Curie nie zdawała sobie sprawy destrukcyjnego wpływu promieniowania na ludzki organizm. Przez lata pracy przy lampach jej dłonie były nieustannie wystawione na działanie promieni X. Pojawiały się na nich oparzenia i przebarwienia. Wielu historyków uważa, że to właśnie ten niezwykły wojenny wysiłek, połączony z wcześniejszymi latami pracy nad odkryciem radu i polonu, znacząco przyczynił się do późniejszych problemów zdrowotnych noblistki i jej śmierci w wieku 67 lat.